Święto w Wenecji. "To jest droga do samozagłady Kościoła"
Święto w Wenecji. Samozagłada Koscioła? To tak wygląda: lenistwo włoskich księży, Zdrowaśka za 90 euro i banalne homilie

W mojej parafii San Giovanni Bragora, choć oficjalnie zapowiedziano codzienną mszę o 18:30, ksiądz odprawia ją jedynie wtedy, gdy ma na to ochotę. Informację o tym, czy msza się odbędzie, znają wyłącznie cztery zaprzyjaźnione z nim starsze kobiety
Wenecki patriarchat doprowadził do skrajności pewną współczesną katastrofalną tendencję w Kościele. Po prostu uznał, że nie ma już wiernych wchodzących do świątyń po to, by się modlić. Dziś kościoły w Wenecji są tak naprawdę „obiektami usługowo-komercyjnymi”.
Do Wenecji prawie zawsze przyjeżdżałem na dłużej jesienią albo zimą, prawie nigdy latem. Z oczywistego powodu – zgiełkliwych, półnagich tłumów, przewalających się latem przez miasto. Ale raz zrobiłem wyjątek od tej zasady i zamieszkałem w Wenecji na miesiąc – od połowy lipca do połowy sierpnia, czyli w okresie nasilenia masowej jednodniowej turystyki. Prawdę mówiąc, potem tego żałowałem, bo, jak się zaraz okaże, miasto było w tym czasie prawie nie do zniesienia, a jedyny ratunek stanowiło to, iż mieszkałem ( jak zwykle) w położonej trochę na uboczu ulubionej dzielnicy Bragora, tuż przy murach potężnego Arsenału Republiki Weneckiej. Powodem tamtego letniego przyjazdu było pragnienie uczestnictwa w sławnym religijnym święcie Il Redentore, które wenecjanie od wieków obchodzą w trzecią niedzielę lipca.
