Rosyjskie wojska na polskiej granicy
Rosyjskie wojska na polskiej granicy. Bruksela wciąż bardziej skupia się na zaszkodzeniu Warszawie niż Moskwie

Latem 2021 r. Unia Europejska zaprosiłaby Putina na szczyt...
Nie miejmy złudzeń. Taka dzisiaj byłaby nasza rzeczywistość, gdybyśmy – a tego chcą najważniejsi politycy opozycji pretendujący do rządzenia Polską – we wszystkim oglądali się na Berlin i Brukselę.
6 października Unia Europejska przyjęła ósmy pakiet sankcji wobec Rosji, a niedługo ma przyjąć dziewiąty. Zacząłbym od tego, że już samo w sobie jest to groteskowe, bo na zagrożenie rosyjską agresją na Ukrainę należało przygotować się pod koniec ub.r., gdy premier Mateusz Morawiecki odbył tour po Europie i ostrzegał unijnych przywódców przed Rosją. Pamiętamy ten klimat na początku lutego, gdy padały deklaracje, żeby Putin nawet nie próbował wjeżdżać na Ukrainę, bo wtedy zasmakuje sankcji UE i pożałuje. Skończyło się działaniami tak wolnymi, że aż niezrozumiałymi z punktu widzenia logiki. Okazało się, że Niemcy po cichu liczyli się z szybkim marszem Rosjan na Kijów i zgodnie ze starym, dobrym „business as usual” wróciliby do robienia interesów. Gdyby polityka UE wobec Rosji była naprawdę nastawiona na zatrzymanie wojny i odzyskaniu dla Ukrainy jej terytorium, to pakiety sankcji byłyby maksymalnie trzy, z czego ostatni zamykający temat i rzucający Putina na kolana. Nieprzypadkowo tak się nie dzieje i Bruksela wciąż bardziej skupia się na zaszkodzeniu Warszawie niż Moskwie.
