Reparacje: jedna zasada dla Moskwy i BerlinaReparacje: jedna zasada dla Moskwy i Berlina. "Nie można jedną ręką wystawiać rachunku Moskwie, a drugą chować do archiwum"

Dla Polski to interesujący precedens. Nie dlatego, że sytuację Ukrainy można mechanicznie porównać z polskimi roszczeniami wobec Niemiec. Różne są epoki, podstawy prawne i polityczne okoliczności. Ważniejsza jest sama zasada: państwo, które napada, niszczy miasta, infrastrukturę, gospodarkę i ludzkie życie, nie może oczekiwać, że po zakończeniu wojny rachunek zostanie po prostu zamknięty. Europa długo miała problem ze słowem „reparacje”. Brzmiało zbyt historycznie, zbyt politycznie, zbyt niewygodnie. Dziś jednak wraca ono do unijnego języka za sprawą rosyjskiej agresji na Ukrainę. Europejskie instytucje coraz częściej posługują się pojęciem „reparations loan” – pożyczki bazującej na zamrożonych rosyjskich aktywach, która miałaby służyć obronie i odbudowie Ukrainy.
Europa coraz wyraźniej przyjmuje więc moralną i polityczną logikę odpowiedzialności agresora za wyrządzone szkody. Spór dotyczy już nie tyle tego, czy agresor powinien zapłacić, ile tego, jak stworzyć mechanizm, który pozwoli tę odpowiedzialność wyegzekwować.
W tym miejscu pojawia się pytanie szczególnie niewygodne dla Berlina. Niemcy do dziś nie wypłaciły Polsce reparacji wojennych za gigantyczne straty poniesione wskutek niemieckiej agresji i okupacji w latach 1939–1945. Berlin udaje, że sprawy nie ma, Polska zaś upomina się o sprawiedliwość. Skoro jednak dziś Niemcy tak stanowczo opowiadają się za zasadą, że Rosja powinna ponieść finansowe konsekwencje zniszczenia Ukrainy, dlaczego same mają być zwolnione z rozliczenia własnej agresji?
