Putin po Putinie. Najważniejsze, aby czuć się imperium
Putin po Putinie. Rosja powojenna nigdy nie wygenerowała przyzwoitego, dalekowzrocznego człowieka jako przywódcy

Imperium zła, z którym nie wolno negocjować, nie powinno się niczym handlować, nie powinno się podpisywać umów ani traktatów, wysłuchiwać żądań ani postulatów.
Nie po to się Rosja zbroiła, nie po to miliardy dolarów wydawała na armię, aby teraz tylko groźnie warczeć i szczerzyć kły.
Putin nie ma swoim obywatelom absolutnie nic do zaoferowania poza poczuciem, że są mieszkańcami ogromnego i liczącego się na świecie imperium. Trauma z powodu rozpadu Związku Sowieckiego jeszcze długo nie da im spać. A bezsenność przynosi frustrację i złe myśli. Putinowskie imperium nie odniosło żadnego znaczącego sukcesu ani militarnego, ani politycznego, ani gospodarczego czy naukowego, a nawet artystycznego. Zwykły obywatel postsowieckiej Rosji nie odnajduje żadnych przesłanek, którymi mógłby paść swoje imperialne ego. Putin dla utrzymania władzy musi dać swoim poddanym spory kęs, a więc sygnał, że ich imperium właśnie się odradza, a niedostatek i brak sukcesów to sytuacja ledwie przejściowa. Człowiek z tajnych służb to mistrz mówienia nieprawdy i lawiranctwa i arcymistrz nazywania czarnego białym. Dlatego największym błędem dyplomatycznym jest wiara w to, co on mówi. Bo Putin sam sobie też nie wierzy. To wychowanek KGB, w których taka postawa była warunkiem sine qua non przetrwania.
