Przechera we własnych sidłach. "Nie mógł bawić się z babami"
Przechera we własnych sidłach. "By bronić praw kobiet, nie mógł bawić się z babami w zbędne ceregiele"

Nie przyjmujmy języka, a więc toku myślenia tych wszystkich, którzy oczekują ostatecznego uregulowania ludzkich spraw.
Opera mydlana z Tomaszem Lisem w roli głównej ciągnie się. O jednym z licznych morałów, które z sobą niesie, wspomniałem w „Świętoszkach obnażonych”. Niemniej ważny dotyczy zasadzek ideologii emancypacji. Walczymy o prawa kobiet, ale narzucamy im męski sposób bycia, rozszerzamy wolność, a w gąszczu poprawnościowych regulaminów coraz jej mniej. Można się wrzodów nabawić.
Jak każda rewolucyjna doktryna również jej obecny wariant musi permanentnie eskalować. Świat ciągle nie potrafi sprostać oczekiwaniom emancypatorów, nadal panoszą się w nim nierówność i miazmaty patriarchalnej cywilizacji, trzeba więc intensyfikować wysiłki analogicznie do zasady Stalina, zgodnie z którą „w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klasowa zaostrza się”. A skoro ciągle się zaostrza to można za nią nie nadążyć i z pojazdu postępu wypaść na śmietnik historii. Wiedzą o tym liczne feministki, które nie zauważyły, iż tradycyjne eksponowanie praw kobiet może oznaczać transfobię, a takiego grzechu się nie wybacza. Intensyfikacja walki o emancypację prowokuje oskarżenia o zapóźnienia na jego drodze, przeciw czemu trudno się bronić, bo kto z nas potrafi nadążyć za tak zawrotną prędkością? Chyba że sam bieg ten kontroluje, wówczas to on rozlicza innych.
