Prezydencja z dykty? I od razu zapanował imposybilizm
Prezydencja z dykty? Polska i "gospodarz", który będzie się trudził przyklepywaniem wszystkiego z Brukseli

Fasadowa impreza, na której tymczasowy gospodarz będzie się trudził przyklepywaniem wszystkiego, co zostanie mu przedłożone w Brukseli – czy to paktu migracyjnego, czy Zielonego Ładu
Po 13 latach Polska po raz drugi przejęła przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. I od razu zapanował imposybilizm. Politycy rządu i zaprzyjaźnieni z nimi eksperci przekonują nas, że unijne prezydencje nie służą do uprawiania „wielkiej polityki”. To dziwne, bo innym krajom jakoś się to udawało. Nawet tym znacznie mniejszym od Polski.
„Oczekiwania wobec naszej prezydencji są wygórowane” – pisze na łamach „Gazety Wyborczej” ekspert ds. europejskich Fundacji Geremka Piotr Maciej Kaczyński. Według niego poprzednia, węgierska prezydencja była nieudana, bo Viktor Orbán bez zgody partnerów pojechał do Kijowa, Moskwy oraz Pekinu, by prowadzić negocjacje w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Ponadto udzielił politycznego azylu posłowi PiS Marcinowi Romanowskiemu. Polska prezydencja musi teraz naprawić te „błędy”. „Odbudować zaufanie partnerów i Brukseli”, więc na całą resztę nie pozostanie już zbyt wiele czasu i „tylko niektóre sprawy znajdą swój finał do końca czerwca”.
