Prawdziwy chleb na zupę. Kucharz był personą, co się zowiePrawdziwy chleb na zupę. Taki kucharz był personą, co się zowie, bo od jego talentów zależał prestiż państwa domu

Co roku staram się zaskoczyć czymś moich gości, lawirując między tradycją a światowymi, niekoniecznie francuskimi, nowinkami.
Żeby przygotować się psychicznie do wyprawienia wielkanocnego śniadania dla naszej nielicznej, ale jednak czteropokoleniowej rodziny, czytałam ostatnio „Historię polskiego smaku” Mai i Jana Łozińskich. I aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy dotarłam do rozdziału o kuchni ziemiańskiej, czyli narodowej. Dlaczego? Bo pani domu była w tamtych czasach królową w kuchni.
W każdym, nawet niezamożnym dworze zatrudniano wtedy kucharza, więc rola pani domu ograniczała się do zatwierdzenia listy dań, ewentualnie znalezienia pomocy dla mistrza, bo przed Wielkanocą sam nie dałby rady przygotować wszystkiego dla tabunu gości. W dobrym tonie był mężczyzna. „Zbankrutowany szlachcic, dopóki się dało, trzymał dobrego kucharza, a kucharz wychodził ze dworu dopiero wtedy, kiedy już fornalki, woły, a nawet i krowy zostały sprzedane” – tak to podobno wyglądało, prawie jak z orkiestrą na Titanicu.
