Kot Schrödingera – 20 lat polowania na polską pumęKot Schrödingera – 20 lat polowania na polską pumę oraz miłośnik nor z jeżozwierzem w tle

Historia z pumą w… (w miejsce trzech kropek można podstawić dowolne miasto lub wieś w Polsce) jest epicka. Śledzę ją od niemal dwóch dekad. Ma cechy najlepszej legendy miejskiej, pobrzmiewa w niej też kryptozoologiczna sensacja. Puma w Zagórzu, puma w Borkach, puma w Podlesiu. Aż chciałoby się pisać słowo „puma” wielką literą, jak tytuł filmu.
2009 r.: Śląsk. To był pierwszy wielki narodowy hit. Dziki kot miał grasować w okolicach Prudnika, Głubczyc i Kędzierzyna-Koźla. Wojsko i policja przeczesywały zagajniki, mieszkańcy bali się wychodzić po chrust, a w mediach pokazywano rozmazane sylwetki. Choć drapieżnika nigdy oficjalnie nie schwytano, eksperci do dziś uważają, że „coś było na rzeczy” i kot mógł uciec z prywatnej hodowli w Czechach.
Lata 2010–2019: wysyp pum. W tym okresie niemal każda gmina w Polsce zaliczyła „alert pumowy”. W większości przypadków (od Podkarpacia po Pomorze) finał był klapą. Po analizie nagrań okazywało się, że przerażająca puma to w rzeczywistości gruby kot rasy maine coon, zagubiony pies św. Bernarda lub – jak w jednym z doniesień – wyrośnięty, lśniący w słońcu bóbr.
2020 r.: znów Śląsk. Sprawa otarła się o dramat i komedię romantyczną. Puma Nubia, legalnie (początkowo) kupiona przez weterana z Afganistanu, mieszkała z nim na Śląsku. Gdy sąd nakazał odebranie mu zwierzęcia i przekazanie do zoo, właściciel uciekł z nią do lasu. Przez kilka dni szukała ich połowa polskiej policji, a internet zalała fala memów „Murem za Nubią”. Ostatecznie kot trafił do bezpiecznego azylu.
Jednego roku puma zagościła niedaleko mnie. Tak opisałem to zdarzenie w książce „Sekretny dziennik lasu”: „Najbardziej zwariowana historia o dzikich zwierzętach w mieście dotyczy pumy. Nawet w niezwykle racjonalnych kręgach, w czasach tryumfu rozumu i metody naukowej zawieść mogą te wszystkie stworzone przez cywilizację sposoby na okiełznanie szaleństwa. W tym przypadku wystarczyła wzmianka o ”pumie w Piekarach„. I się zaczęło. Na miejsce zdarzenia dotarłem bez problemu. Piekary, wciśnięte między wieś Liszki a Wisłę, nie należą do pierwszej ligi infrastrukturalnej [przynajmniej wtedy, gdy pisałem o tym w ”Sekretnym dzienniku lasu„ – dziś okolica zdążyła się już zmienić]. Pyliste drogi, snujące się pomiędzy rzadko rozrzuconymi zabudowaniami, nie są ani dobrze oznaczone, ani oświetlone, ani nawet, być może z tego powodu, zbyt często nawiedzane przez turystów. Tej nocy podmiejski łąkowo-polny zaścianek oświetlony był słupem światła… z helikoptera.
