JAN ROKITA. Bunt kondotiera. "O co szło Prigożynowi"JAN ROKITA. Bunt kondotiera. "O co szło Prigożynowi, gdy wszczął jawny bunt, rozkazując swoim wojskom wymarsz z obozów"

O co szło Prigożynowi, gdy wszczął jawny bunt, rozkazując swoim wojskom wymarsz z obozów i opanowanie Rostowa nad Donem
Prigożyn nie zaatakował putinowskiego systemu władzy w Rosji, ale uderzył w putinowską koncepcję prowadzenia wojny. Jego zdaniem – zbyt samoograniczającej się, a na dodatek nieudolnie dowodzonej przez ludzi Szojgu i Gierasimowa.
Jeśli przyjąć zgodnie ze zwykłym rozumieniem tego słowa, że „pucz” to próba obalenia rządu za pomocą siły, to w Rosji nie było teraz żadnego przewrotu. Zbuntowany kondotier Jewgienij Prigożyn mógł planować różne rzeczy, ale jednej z pewnością nie chciał: obalenia kremlowskiego reżimu Władimira Putina. I też w ciągu ostatnich dni władza prezydenta Putina ani przez chwilę nie była zagrożona. Co prawda 24 czerwca, gdy rebelianci w błyskawicznym tempie przemieszczali się z Rostowa w stronę Moskwy, świat mógł na chwilę wstrzymać oddech, mając wrażenie, iż właśnie spełnia się w kółko analizowany na Zachodzie scenariusz upadku władcy Rosji. Ale to było tylko chwilowe złudzenie, jakoś usprawiedliwione zaskakującą łatwością i tempem, w którym Prigożyn zdołał przemieścić swoje wojska z obozów w Donbasie na południe Rosji, zająć Rostów nad Donem wraz z tamtejszą główną kwaterą wojskową i ruszyć dalej na północ, na Woroneż. Jeszcze tego samego dnia wieczorem stało się całkiem jasne, że zbuntowany kondotier nie tylko nie miał szans na obalenie rosyjskiego reżimu, ale co ważniejsze – myśl o czymś takim nigdy nawet nie pojawiła się mu w głowie.
