JAKUB MACIEJEWSKI. Konserwatyści patrzą na Wschód
JAKUB MACIEJEWSKI. Konserwatyści patrzą na Wschód. Żal konserwatyzmu, że się rozmienia na drobne w obliczu rosyjskiego ludobójstwa

Czysto kabaretowo wygląda wzmożenie tygodnika przeciwko pomysłowi powołania komisji ds. badania rosyjskich wpływów.
Czasem kwestionują, że to jest najprawdziwsza, krwawa wojna, innym razem w ofierze rosyjskiej napaści widzą amerykańską marionetkę, która sama sobie jest winna. A sami stawiają się w roli nonkonformistów, realistów, którzy dziwią się Ukrainie, że nie chce się poddać. Czy mowa o wydawcach jakiejś kremlowskiej broszurki? Nie, to redakcja tygodnika „Do Rzeczy”.
Żeby zrozumieć prorosyjski kurs znakomitego niegdyś tygodnika, trzeba znać kilka prostych zasad funkcjonowania sprzymierzeńców interesów Kremla. Pierwsza to taka, że cele Moskwy realizuje się zawsze rykoszetem, nigdy wprost. Podczas podróży po przedwojennym Związku Sowieckim zauważył to Mieczysław Lepecki, bo propaganda nie uderzała wbrew pozorom w Cerkiew bezpośrednio, ale właśnie z rzekomej troski o inne sprawy. A to dzwony płoszyły krowy, a to złoto z ołtarzy było potrzebne, by powstrzymać głód (specjalnie zresztą wywołany przez komunistów), słowem: w całej tej trosce o najrozmaitsze sprawy na końcu punkty zyskuje Kreml.
