Gdyby… Czyli o krok od zwycięstwaGdyby… Czyli o krok od zwycięstwa

Kilka sekund, które zmieniły historię: jak polscy piłkarze mogli zapisać się złotymi zgłoskami w Lidze Narodów – a kibice zamiast krytykować, dziś świętowaliby ofensywny triumf bez Lewandowskiego!
Gdyby polscy piłkarze wytrzymali jeszcze kilkadziesiąt sekund w meczu z rodakami Williama Wallace’a (przywódcy powstania Szkotów przeciwko Anglikom), to utrzymaliby się w najwyższej dywizji Ligi Narodów. Dzisiaj kibice i dziennikarze nie wieszaliby psów na Michale Probierzu, tylko piali z zachwytu nad pięknym golem Kamila Piątkowskiego czy faktem, że Biało- -Czerwoni stworzyli w tym meczu największą liczbę sytuacji bramkowych w tym roku. Ba, podkreślano by, że zagraliśmy bardzo ofensywnie, a reprezentacja poradziła sobie bez Roberta Lewandowskiego. Ale zabrakło dosłownie sekund…
Gdyby równo ćwierć wieku temu w bodaj najbardziej dramatycznym finale w historii piłkarskiej Ligi Mistrzów rozgrywanym na Camp Nou w Barcelonie w obecności 90 tys. widzów Bayern Monachium nie stracił dwóch bramek w doliczonym czasie gry, Bawarczycy wygraliby klubowe mistrzostwa Europy po raz czwarty w minionym stuleciu (1974, 1975, 1976 r.), a nie po raz pierwszy w historii zdobył go Manchester United prowadzony przez charyzmatycznego Alexa Fergussona (skądinąd Szkota). Sir Alex miał niebywałego trenerskiego nosa, wprowadzając z ławki dwóch graczy, którzy w ostatniej minucie meczu strzelili decydujące gole (Anglika Sheringhama i Norwega Solskjæra – o tym drugim mówiono, że jest mordercą o twarzy dziecka). Gdyby sędziujący ten mecz arbiter z Italii, łysy jak kolano Pierluigi Collina, gwizdnął koniec meczu kilkadziesiąt sekund wcześniej, świętowaliby Teutoni, a nie Albion. Skądinąd na Włochu wzoruje się jeden z najlepszych arbitrów świata Polak Szymon Marciniak. Wtedy, w 1999 r., w Katalonii, Niemcom też zabrakło kilkudziesięciu sekund, jak Polakom na Stadionie Narodowym w ostatni poniedziałek.
