Polski przemysł dusi się w zielonej pętli. Wszyscy mówią: "dość"Polski przemysł dusi się w zielonej pętli. "UE wie lepiej, jak Polak ma ogrzewać dom. Czas, by rząd przestał klaskać "

Bo kiedy Bruksela każe, rząd Tuska salutuje, a Polacy płacą.
Kiedy patrzę na to, co się dzieje wokół unijnego systemu handlu emisjami EU ETS, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Bruksela żyje w zupełnie innej rzeczywistości niż my, Polacy. Tam, w gabinetach z widokiem na Place du Luxembourg, Ursula von der Leyen i jej ekipa wciąż powtarzają mantrę o „ratowaniu planety”, dodając coś nieśmiało o „korekcie”. Tymczasem u nas rachunki za prąd rosną, przemysł traci konkurencyjność, a zwykli ludzie zastanawiają się, czy w przyszłym sezonie grzewczym nie będą musieli wybierać między ogrzewaniem a jedzeniem. ETS nie jest abstrakcyjną dyrektywą – to cichy zabójca, który co roku wyciąga z polskiej gospodarki 35 mld zł. A kiedy darmowe uprawnienia się skończą, będzie blisko 48 mld zł. I to wszystko w imię religii klimatycznej, którą sama szefowa Komisji pomyliła z przyrodą.
Nie mówię tego z powietrza. Przez lata, zmieniając ORLEN w multienergetycznego giganta, widziałem na własne oczy, jak te unijne opłaty przekładają się na realne koszty. Podnoszą cenę prądu o jedną trzecią, a ETS2 – ten nowy podatek od ogrzewania domów i paliwa do aut – ma wejść w 2028 r. i podbić ceny gazu o 30 proc., węgla o 50 proc., a benzyny o 50 gr na litrze. Pięciokrotne podwyżki w perspektywie kilku lat? To nie prognoza katastrofy – to fakt, który już dziś widzą Niemcy z BASF, Czesi, Słowacy, Austriacy, Włosi i nawet niskoemisyjni, bo atomowi Francuzi. Wszyscy zaczynają mówić: „Dość tego szaleństwa”. Tylko w Warszawie… no właśnie.
