Spór o feminatywy nie jest sporem o końcówki. To spór o to, kto ma władzę nad językiem.
Sąsłowa, które wchodzą do języka po cichu, jak „smartfon” czy „e-mail”, i takie, które wchodzą z hukiem, jakby niosły ze sobą manifest rewolucyjny. Feminatywy zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. Nie pojawiają się jako naturalna odpowiedź na potrzebę komunikacyjną, lecz jako element ideologii – kulturowej, ideowej, a czasem wprost politycznej. I dlatego budzą emocje. Zwłaszcza te, które są koszmarkami językowymi.
Zwolennicy feminatywów mówią o „widzialności kobiet” w języku. Skoro mamy „psychologa”, to powinna być też „psycholożka”, skoro „minister”, to czemu nie „ministra”? Problem w tym, że język nie jest tabelką w Excelu, w której można uzupełnić brakujące komórki. Język to organizm – pełen wyjątków, dziwactw i historycznych naleciałości. Próba jego systemowego „naprawiania” często kończy się tworami, które brzmią jak żart, choć żartem wcale nie miały być.…
Artykuł dostępny wyłącznie dla cyfrowych prenumeratorów
Teraz za 7,90 zł za pierwszy miesiąc uzyskasz dostęp do tego i pozostałych zamkniętych artykułów.
Kliknij i wybierz e-prenumeratę.
Jeżeli masz e-prenumeratę, Zaloguj się
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/tygodniksieci/753200-jezyk-ideologii-jezyk-staje-sie-polem-moralnej-tresury
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.