WYWIAD "SIECI". Ivica Šola: Europa błądziWYWIAD "SIECI". Ivica Šola: Europa błądzi. "To, co się dzieje, jest bezsensownym wykorzystywaniem, instrumentalizacją ludzi"

Czeka nas trudny oraz złożony proces. Mam nadzieję, że Polska będzie miała w Chorwacji sojusznika w tej walce.
Uważam Polskę za odważnego przywódcę wielu partii, państw i ruchów, które sprzeciwiają się sowietyzacji Unii Europejskiej - mówi Ivica Šola, teolog, profesor uniwersytecki, publicysta, jednym z najbardziej wpływowych chorwackich intelektualistów, w rozmowie z Goranem Andrijanićem, na łamach tygodnika „Sieci”.
Podpisał pan list otwarty poparcia dla Polski, która obecnie walczy z falą nielegalnej imigracji, a jednocześnie toczy prawdziwą walkę polityczną z instytucjami Unii Europejskiej. Co pana do tego skłoniło?
Ivica Šola: Odpowiadając na pana pytanie, chciałbym przytoczyć jedno zapomniane, ale ważne stwierdzenie postaci, która była kluczowa w UE przez wiele lat. Angela Merkel w swoim pożegnalnym przemówieniu do chadeckiej Fundacji Konrada Adenauera dała jasno do zrozumienia, że Unia powinna być budowana na zasadzie „doktryny ograniczonej suwerenności”, którą zresztą Breżniew stworzył na przykładzie ZSRR. Właśnie to jest dziś źródłem konfliktu i wojny politycznej między Warszawą a Brukselą. Natomiast nie chodzi tylko o ten konflikt, lecz o koncepcję przyszłej UE. Będzie ona albo superpaństwem podtrzymywanym na wzór sowieckiej teorii „ograniczonej suwerenności”, albo wspólnotą suwerennych narodów opartą na zasadzie pomocniczości.
Ponadto mamy tutaj problem podwójnych standardów. Mianowicie Polska i jej Trybunał Konstytucyjny robią dokładnie to, co kilkakrotnie zrobiły Niemcy, kiedy Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że Trybunał Sprawiedliwości UE nie stoi ponad konstytucją Niemiec. Wygląda więc na to, że co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołowi.
Dlatego George Friedman konstatuje, że w dzisiejszej polityce nie ma sensu mówić o konflikcie spowodowanym podziałem liberałowie – konserwatyści czy lewica – prawica, ale jedynym prawdziwym podziałem, który wypłynął zwłaszcza po Trumpie i brexicie, czyli konflikcie internacjonalistów i nacjonalistów. Dzisiaj słowo „nacjonalizm” jest niepopularne i preferowane jest określenie „suwerenność”, ponieważ pod koniec II wojny światowej nacjonalizm był uważany za przyczynę wszelkiego zła. Właśnie dlatego jako kontrapunkt zaczęły się masowo pojawiać instytucje internacjonalistyczne: Organizacja Narodów Zjednoczonych, Bank Światowy, MFW, Unia Europejska… Wraz z upadkiem muru berlińskiego internacjonaliści i globaliści stali się bardziej aktywni w usuwaniu granic, tożsamości kulturowych, wymazywaniu państw narodowych, twierdzeniu, że liberalizm czy neoliberalizm nie mają alternatywy, że to koniec historii… Kryzys z 2008 r. skonfrontował ich ze wszystkimi okropnościami ich globalistycznego projektu, z którego jednak nie rezygnują. Uważam, że nacjonalizm kolonialny i internacjonalizm to jedno i to samo – imperializm, zniewolenie.
Niestety, wielu dzisiaj automatycznie utożsamia nacjonalizm z nazizmem lub faszyzmem. Jednak Thomas Sandkühler, biograf Hitlera, w 2002 r. ostrzegał, że Hitler nie był obrońcą nacjonalizmu, wręcz przeciwnie, był przeciwnikiem państwa narodowego, które postrzegał jako regres niemieckiego historycznego dziedzictwa imperialnego. Dlatego wyobrażał sobie III Rzeszę jako odbudowę pierwszego uniwersalnego imperium pod dominacją niemiecką.
Powiem jeszcze raz – to, co się dzieje, nie jest konfliktem między Polską a Brukselą, to jest konflikt o wizję przyszłości Europy. Dlatego, na podstawie tego, co powiedziałem dotychczas, uważam Polskę za odważnego przywódcę wielu partii, państw i ruchów, które sprzeciwiają się sowietyzacji Unii Europejskiej. Wynik jest niepewny…
Bruksela wydaje się deklaratywnie wspierać Polskę i kraje bałtyckie w wojnie hybrydowej toczonej na wschodnich granicach Unii. Jak ocenia pan to wsparcie w świetle dotychczasowej polityki migracyjnej UE?
„Ci głupi nacjonaliści są zakochani w swoich krajach. Nie lubią tych, którzy przychodzą z daleka. A ja kocham tych, którzy przychodzą z daleka”. Te słowa wypowiedział Jean-Claude Juncker przed ostatnimi wyborami europejskimi. Juncker nazwał „głupimi nacjonalistami” wszystkich tych, którzy stawiali fizyczne bariery przed nielegalną masową migracją jeszcze w 2015 r., nie godząc się na „willkommenskultur” Angeli Merkel. A teraz ci, których kiedyś obrażał Juncker, między nimi są Polacy, stają się wzorem do naśladowania w sprawie nielegalnych, masowych migracji. Ich stanowisko jest teraz popierane zarówno przez Berlin, jak i Brukselę. Teraz nawet rzecznik Merkel to, co robią Putin i Łukaszenka, nazywa „wojną hybrydową”.
Co jest powodem tej zmiany?
Myślę, że ważna była presja własnych obywateli i ogromne obciążenie państwa opiekuńczego. Oczywiście swoją rolę odegrała też fala terroryzmu w europejskich stolicach. Nawiasem mówiąc, instrumentalizacja ludzi i masowej migracji jako broni na przestrzeni dziejów została doskonale przeanalizowana przez amerykańską politolog Kelly Greenhill w jej książce „Weapons of Mass Migration”. Jednak nawet tutaj Europa i Niemcy przyjęły podwójne standardy. Np. prezydent Turcji Erdoğan od dawna używa masowej migracji jako broni do destabilizacji Unii, a my wciąż płacimy mu za tę rakietę.
Ponadto, w tym samym czasie kiedy wspierają Polaków na granicach UE, niemieckie organizacje pozarządowe, również finansowane przez fundacje niemieckich partii politycznych, codziennie przywożą na swoich statkach setki nielegalnych migrantów na terytorium Włoch i Europy. Czy to, co robią niemieckie organizacje pozarządowe, jest również „wojną hybrydową”, by zdestabilizować Unię? Widzimy więc, że również Europa błądzi i posługuje się podwójnymi standardami, zamiast natychmiast zaakceptować argumenty tych, jak ich opisują, „głupich nacjonalistów”, przeciwko nielegalnej masowej migracji.
Jako chrześcijanin nie mam problemu z humanitarnym traktowaniem osoby w potrzebie bez względu na rasę, narodowość, religię, kolor skóry. Wręcz przeciwnie, przyjmę ją do mojego domu, oddam swoje łóżko i położę się na podłodze. Ale dziś nie mamy do czynienia z taką sytuacją. To, co się dzieje, jest bezsensownym wykorzystywaniem, instrumentalizacją ludzi, masowej migracji w kontekście gier geopolitycznych i destabilizacji Europy.
Polski rząd powtarza, że nie ulegnie naciskom – ani tym ze Wschodu, ani tym z Brukseli.
Jasne, bo Polacy, przez wieki wciśnięci między agresywne Prusy i Rosję, płacili za swoją tożsamość najwyższą cenę, aby wyrzec się tego wszystkiego na rzecz Europy jako superpaństwa, i to w kontekście „teorii ograniczonej suwerenności” Leonida Breżniewa czy Angeli Merkel. Europa już kilkakrotnie zmieniała wewnętrzne zasady gry, więc dlaczego nie miałaby tego zrobić po raz kolejny? Nie jestem zwolennikiem polexitu, italexitu ani frexitu… ale jestem za możliwym przedefiniowaniem zasad wywodzących się z porządku westfalskiego. Musimy jasno i precyzyjnie, jako wspólnota suwerennych narodów, zdefiniować, kto ma jakie możliwości i kompetencje. „Głupi nacjonaliści” na pewno nie będą nierozsądni ani niekonstruktywni, zwłaszcza naród tak poważny i odpowiedzialny jak Polacy. Natomiast trochę się boję wysokiej ceny tej walki.
Polski filozof i europoseł Ryszard Legutko ostrzega przed ograniczaniem przestrzeni dla prawdziwego pluralizmu w instytucjach europejskich. Czy zgadza się pan z nim?
Sam Legutko, którego książkę „Triumf człowieka pospolitego” przedstawiłem chorwackiej opinii publicznej jeszcze przed jej tłumaczeniem na język chorwacki, nakreślił ciekawe porównanie między komunizmem a liberalizmem. Moim zdaniem kryje się tutaj możliwa odpowiedź na brak pluralizmu, o którym mowa jest w książce. Oba systemy, a mówię o UE i ZSRR, rozumiane są jako największe eksperymenty modernizacji w historii. Jeden jest utożsamiony z komunizmem, drugi z liberalną demokracją. Oba systemy są przeciwne temu, co stare i popierają to, co nowe. Oba systemy znajdują swoją legitymizację w przezwyciężaniu przeszłości. Ten fenomen w liberalnej demokracji eskalował z kulturą anulowania (przypomnijcie sobie, jak Stalin wymazał Trockiego z ich wspólnego zdjęcia). Przeszłość jest postrzegana z podejrzliwością i niedocenianiem. Kiedy dychotomia nowe-stare zostaje zaszczepiona w świadomości zbiorowej, dotyczy ona nie tylko technologii, ale całego środowiska społecznego, kultury, moralności, a nawet kwestii aborcji, edukacji, sztuki, uniwersytetów. Kto nie funkcjonuje w tym komunistycznym czy liberalno-demokratycznym „głównym nurcie”, jest opisany przez oba systemy jak retrogradywny, zacofany, bywa karany lub potępiany, jak dzisiaj Polacy. Autocenzura jest logiczną konsekwencją tego wszystkiego, a polityczna poprawność zastąpiła to, co w komunizmie kiedyś robiła cenzura. Szkoda, że ten proces uderza przede wszystkim w uniwersytety i media, a potem przenika do głowy każdego człowieka i staje się dominującą mentalnością. To nie jest dobre.
Moskiewskie przemówienie sekretarza ds. relacji z państwami w Sekretariacie Stolicy Apostolskiej abp. Paula Gallaghera odbiło się w Polsce negatywnie. Pośrednio skrytykował polski rząd za „niedostateczne zaangażowanie” w sprawy uchodźców i nie powiedział ani słowa o kontekście wojny hybrydowej przeciwko Polsce.
Papież Franciszek oraz jego najbliżsi współpracownicy widzą migrację przez pryzmat Ewangelii. I to jest w porządku. Ale Ewangelia nie jest programem migracyjnym, lecz głoszeniem zbawienia – i tu właśnie następuje mieszanie wiary i polityki. Jest to kwestia upolitycznienia Ewangelii, jak w przypadku teologii wyzwolenia Ameryki Łacińskiej, przed którą ostro ostrzegali zarówno Jan Paweł II, jak i kardynał Ratzinger.
Polityka migracyjna jest domeną każdego państwa. Kiedy rozmawiałem na ten temat z jednym z byłych nuncjuszy w Chorwacji, zganił również nas, Chorwatów. Ponieważ nuncjusz jest dyplomatą, powiedziałem mu, że łamie konwencję wiedeńską. Powiedziałem mu też, że jako student rzymski wiem, iż Watykan ma dużo nieruchomości, które teraz wynajmuje, więc niech pokaże Ewangelię w akcji przez swój przykład. Ogólnie rzecz biorąc, ten papież, którego głęboko szanuję jako katolik, ma bardzo bezkrytyczny stosunek do Moskwy i prawosławia. Doświadczyliśmy w Chorwacji, jak w niektórych sytuacjach prawosławie legitymizuje politykę ekspansjonistyczną. Papież, niestety, niewiele wie o Europie, a tym bardziej o prawosławiu, dla którego ekumenizm jest herezją.
Coś podobnego Watykan zrobił Chorwatom, kiedy wstrzymał kanonizację kard. Alojzego Stepinaca po interwencji serbskiej Cerkwi Prawosławnej, z powodu fałszywych oskarżeń o współpracę kardynała z faszystami.
W tym sensie doskonale rozumiem Polaków, bo katolikom w Chorwacji jest też trudno, kiedy papież i jego najbliżsi kosztem Stepinaca ocieplają swoją relacje z Belgradem, tak samo jak kosztem Polaków ocieplają relacje z Moskwą. Ale modlimy się za papieża, on jest gwarantem jedności Kościoła, więc czasami musimy „połknąć jakąś żabę” z Watykanu.
Często staram się tłumaczyć Polakom nasz chorwacki związek ze św. Janem Pawłem II. Wydaje mi się, że pielęgnujemy wobec niego szczególną wdzięczność, która może zbliżyć nasze narody.
Związek między narodem chorwackim i polskim sięga znacznie głębiej niż przybycie Jana Pawła II na stolicę Piotra. Mamy podobną przeszłość, którą stworzyliśmy w mękach i krwi naszych państw otoczonych przez siły imperialne. Mieliśmy też przeciw sobie imperium osmańskie, któremu wielki polski syn Jan Sobieski, nazywany przez Turków „polskim lwem”, zadał decydujący cios pod Wiedniem, broniąc Europy. Św. Jan Paweł II, jako jedna z najwybitniejszych postaci XX w., jest przede wszystkim świadkiem i człowiekiem wiary, a potem intelektualnym gigantem, rozumiejącym procesy kulturowe oraz polityczne Europy i świata.
Jego zaangażowanie na rzecz prawa Chorwatów do ich państwa we wspólnocie równych narodów europejskich pozostawiło głęboki ślad wdzięczności w chorwackim narodzie, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Bo wtedy byliśmy sami, mieliśmy tylko Wojtyłę i co prawda wielkiego kanclerza Niemiec Helmuta Kohla.
Dlatego dziś Polacy, ściśnięci ze wszystkich stron, w walce o Europę wspólnoty suwerennych narodów, nie są sami, choć się tak wydaje. Pozwolę sobie na trochę patosu i powiem, że Karol Wojtyła patrzy na to wszystko z góry. Karol, który podobnie jak swoją Polskę kocha i Europę, która musi oddychać obydwoma płucami, jak często powtarzał. Europę, która będzie szanować specyfikę, etos i nomos każdego ze swoich państw członkowskich w jedności różnorodności, a nie Europę ideologiczną czy jakiejkolwiek innej homogenizacji. Niestety, kiedy czytam włoską prasę katolicką, widzę, że istnieje znaczna liczba katolików opowiadających się za federalizacją Europy. Czeka nas trudny oraz złożony proces. Mam nadzieję, że Polska będzie miała w Chorwacji sojusznika w tej walce.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
