WYWIAD "SIECI". Engels: Europa znika z historycznej scenyWYWIAD "SIECI". David Engels: Europa znika z historycznej sceny. Wszystkie cywilizacje są śmiertelne, Zachód nie jest tu wyjątkiem

Prawdziwą istotę rzekomej „nieliberalności” Polski i Węgier widzę nie w ochronie instytucji narodowych – bo państwo narodowe może być całkowicie niezależne.
Nienawiść do Zachodu i jego tożsamości napędza niewielką elitę złożoną z polityków, dziennikarzy, intelektualistów i ludzi biznesu. Ta nienawiść nie tylko przybrała patologiczny charakter, lecz dąży do realizacji agendy kulturowo-politycznej, którą można określić już jedynie jako metafizycznie „zło” – mówi na łamach tygodnika „Sieci” w rozmowie z Aleksandrą Rybińską prof. David Engels, historyk belgijski, wykładowca na Université Libre de Bruxelles, główny analityk Instytutu Zachodniego w Poznaniu, autor m.in. publikacji „Schyłek. Kryzys Unii Europejskiej i upadek Republiki Rzymskiej”.
Czy wrogość europejskich sędziów oraz szefów państw i rządów wobec Węgier i Polski jest wyrazem chęci obrony rządów prawa w Unii Europejskiej, czy jest częścią procesu ideologicznego?
David Engels: Nie chcę wykluczyć, że niektórzy europejscy decydenci rzeczywiście mogą być pełni dobrej woli oraz poważnie wierzą, że rządy prawa są zagrożone na Węgrzech czy w Polsce, ponieważ obraz tego, co się dzieje w obu krajach, jest przedstawiany w mediach zachodnich w sposób całkowicie zniekształcony. Niemniej jednak jest zupełnie jasne, że nie tylko wielu dziennikarzy, zwłaszcza korespondentów zagranicznych, lecz także polityków działa z pełną świadomością, atakując Warszawę czy Budapeszt, ponieważ ich celem nie jest obrona demokracji, ale zwycięstwo własnej ideologii. Już Jean-Claude Juncker [były szef Komisji Europejskiej – przyp. red.] mówił: „Nie może być demokratycznych wyborów przeciwko traktatom UE!”. To stwierdzenie zostało teraz rozszerzone do tego stopnia, że nie może już być żadnych demokratycznych wyborów poza lewicowo-liberalnym spektrum opinii: każda zmiana instytucjonalna, która osłabia lewicowy liberalizm, musi zatem być uważana z zasady za antydemokratyczną.
Polskę i Węgry często określa się mianem „nieliberalnych” demokracji. Nieliberalny jest ten, kto strzeże granic, strzeże kultury narodu. Czy państwo narodowe naprawdę jest przestarzałym modelem, czy to tylko pobożne życzenie federalistów?
Jako historyk rzeczywiście nie wierzę, że europejskie państwo narodowe reprezentuje koniec i cel historii ludzkości: państwa-miasta, państwa feudalne, państwa narodowe, konfederacje państw i wielkie imperia równie często i szybko pojawiały się, jak znikały w toku historii. Nie da się jednak ukryć, że dziś państwo narodowe jest ostateczną podstawą legitymizacji demokratycznej i dlatego musi być chronione przed wszelkimi próbami zniesienia go w celu stworzenia brukselskiej oligarchii. Prawdziwą istotę rzekomej „nieliberalności” Polski i Węgier widzę nie w ochronie instytucji narodowych – bo państwo narodowe może być całkowicie niezależne, a jednocześnie dogłębnie lewicowo-liberalne – ale raczej w obronie tradycyjnej tożsamości kulturowej, a tym samym rodziny, prawa do życia, języka ojczystego, patriotyzmu, chrześcijaństwa itp. Jak wykazał wielki konserwatywny hiszpański filozof José Ortega y Gasset, wartości te nie są bynajmniej „narodowe”, tylko są wyrazami naszej wspólnej zachodniej kultury, podkopywanej i niszczonej przez lewicę w imię rzekomych „wartości europejskich”. Dlatego właśnie tzw. demokracja nieliberalna chce chronić prawdziwą Europę przed Unią Europejską i wie, że tożsamości narodowej można bronić tylko poprzez walkę o wspólną zachodnią kulturę.
Unia Europejska przechodziła w ostatniej dekadzie od kryzysu do kryzysu i nie potrafiła żadnego z nich rozwiązać. Tak było z kryzysem euro, kryzysem migracyjnym, a teraz z pandemią COVID-19. Czy Europa jest niezdolna do działania? A jeśli tak, to dlaczego?
Nie zgodzę się z tym. Wydaje mi się, że Unia nigdy nie odnosiła takich sukcesów w rządzeniu jak dziś, gdy politycznie penetruje Europę, zaczynając od Brukseli, a kończąc na najmniejszych wioskach. Dotychczas integracja europejska była napędzana powolnymi i celowymi kompromisami międzypartyjnymi. Od kilku lat jest jednak forsowany bardzo specyficzny, lewicowo-liberalny obraz człowieka oraz świata, i to niemal przymusowymi metodami, a ci, którzy go nie akceptują, są – tak jak Polska i Węgry – karani ostracyzmem i destabilizacją lub – jak Wielka Brytania – zmuszani do wyjścia ze wspólnoty. Nie wynika to z faktycznych kompetencji UE, które w ostatnich latach niewiele się zmieniły, ale raczej z szerokiego porozumienia ideologicznego między brukselskimi elitami, rządami narodowymi, zwłaszcza w Berlinie i Paryżu, wiodącymi mediami i systemem edukacyjnym. Wszyscy są na jednej linii politycznej i wzajemnie się wspierają w swojej samoradykalizacji, tak że nawet oczywiste naruszenia traktatów czy konstytucji stają się obowiązującym prawem, ponieważ nikt się temu nie sprzeciwia. Wynikiem jest centralistyczne zarządzanie, katastrofalna polityka zadłużenia, masowa migracja i transhumanizm, które zresztą mają się stać obowiązkowe w Zielonym Ładzie szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Unia Europejska nie jest bierną ofiarą tego procesu, ale jego aktywnym motorem.
Według Alexisa de Tocqueville’a liberalizm to pluralizm idei, zdolność akceptowania różnic zdań. Jak to pasuje do dzisiejszych liberalnych elit na Zachodzie?
Jak już się obawiał de Tocqueville, liberalizm sam się zlikwidował: prawa Boga i natury zostały zastąpione ciągle zmieniającymi się decyzjami większości, a ta większość coraz częściej nie jest wynikiem dostępu do wolnej i obiektywnej informacji, lecz jest tworzona i dyktowana przez aparaty partyjne i masowe media. W konsekwencji powstała w procesie społecznie darwinistycznym mała elita przywódcza, która znalazła w lewicowym liberalizmie idealną ideologię panowania, w tej dziwnej mieszaninie lewicowej kultury i liberalnej polityki moralnej, między wysokim kapitalizmem dla dużych koncernów a gospodarką planową dla mas. To, że ten twór określa się jako „liberalny” w sensie otwartości na wyniki i tolerancji dla różnych opinii, jest mniej więcej tak uzasadnione, jak fakt, że Chiny nadal uważają się za państwo komunistyczne.
Co pana najbardziej martwi w dzisiejszej Europie? Ataki na tradycyjną rodzinę, poprawność polityczna, lewicowa polityka tożsamości, masowa imigracja czy histeria klimatyczna?
Wszystkie te zjawiska to tylko symptomy głębszego zła, systematycznego samozniszczenia naszej zachodniej kultury, co niestety, jak pokazuje porównanie historyczne, nie jest niczym niezwykłym dla starzejącej się cywilizacji. Smutne są dwie rzeczy: z jednej strony nieświadoma pomoc wielu ludzi, którzy nie przeciwstawiają się temu procesowi, ale promują go w przekonaniu, że walczą o dobro, o tolerancję, prawa kobiet, równość, demokrację, różnorodność itp. Z drugiej strony ta niezrozumiała nienawiść do Zachodu i jego tożsamości, która napędza tę niewielką elitę złożoną z polityków, dziennikarzy, intelektualistów i ludzi biznesu. Ta nienawiść nie tylko przybrała patologiczny charakter, lecz dąży do realizacji agendy kulturowo-politycznej, którą można określić już jedynie jako metafizyczne „zło”, tak bardzo forsowanie masowej aborcji, eutanazji, transhumanizmu, ideologii LGBTQ, rozkładu naturalnej rodziny, historycznych wspólnot solidarnościowych oraz wiary w Boga zaprzecza każdemu podstawowemu wymogowi moralnemu.
Jesteśmy świadkami końca ery europejskiej?
Europa rzeczywiście znika z historycznej sceny, niszcząc swoją tożsamość poprzez masową migrację i autodestrukcyjną politykę kulturalną. Ponadto Europa wyhodowała sobie zaciekłych przeciwników, promując przez dziesięciolecianaukowo i gospodarczo Chiny, prowadząc niebezpieczną grę z islamem oraz nieudaną politykę wobec Afryki. Europa prędzej czy później będzie więc musiała przejść przez niezwykle bolesne doświadczenia i porzucić swoją moralną arogancję oraz naiwność w kwestiach polityki globalnej. Czy Europejczycy będą wtedy wciąż mieli wystarczająco energii i kreatywności, aby uzyskać miejsce na światowej scenie politycznej, jest więcej niż wątpliwe.
Czy Zachód można jeszcze uratować, a jeśli nie, to co może – ewentualnie – nastąpić po nim? Pisze pan w swojej książce „Co robić? Życie z upadkiem Europy” („Was tun?: Leben mit dem Niedergang Europas”), że nikt nie wie, co wyniknie ze zderzenia poprawnego politycznie myślenia z rzeczywistością.
Historia porównawcza pokazuje, że wszystkie wielkie cywilizacje są śmiertelne. Zachód nie jest tu wyjątkiem i nie da się zaprzeczyć, że jesteśmy u kresu naszego cyklu. Nasze siły artystyczne wyschły, nasza polityczna wola wolności została w dużej mierze złamana, a nasz duch naukowy czeka w niedalekiej przyszłości podobny los. Niemniej jednak, przed nami jest jeszcze kilka dekad, zanim nastąpi ostateczne skamienienie, jakie znamy z Cesarstwa Rzymskiego od I w. n.e. lub Chin od II w. p.n.e. W międzyczasie będzie się toczyła fundamentalna walka o ostateczny kształt naszej ochładzającej się cywilizacji, która rozgrywa się na Zachodzie zresztą już od kilku lat, odkąd poprawny politycznie liberalizm coraz bardziej ukazuje swoje prawdziwe oblicze, a zamiast realizacji wielu barwnych obietnic przynosi tylko kolektywizm, hedonizm, plutokrację oraz niesie kulturową i moralną autodestrukcję. Pomimo coraz ściślejszej inwigilacji promowanej choćby w ramach walki z pandemią COVID-19, rośnie wewnętrzny opór obywateli, którzy albo całkowicie trzymają się z dala od polityki, albo – jak francuskie „żółte kamizelki” – demonstrują przeciwko całemu systemowi politycznemu. Także konserwatywna opozycja w całej Europie zwiera szeregi i rozwija alternatywy dla choćby naiwnego federalizmu UE.
Czy to oznacza, że w Europie możliwa jest konserwatywna kontrrewolucja? Na to liczy polski rząd i wiele prawicowych sił politycznych, które w ostatnich latach pojawiły się w całej Europie (Włochy, Szwecja, Hiszpania, Francja itp.).
Tak, jest to możliwe, ale nie jestem pewien, czy te siły konserwatywne mogą odnieść zwycięstwo w ściśle demokratycznych ramach. Obecne instytucje w większości krajów zachodnich i oczywiście w Unii Europejskiej, a także media i oświata są prawie całkowicie ukierunkowane politycznie w jedną stronę. Oczywiście należy mieć nadzieję, że Europa Środkowo-Wschodnia może choćby w połowie utrzymać obecne status quo, na Zachodzie bardziej prawdopodobne jest, że prawdziwa bitwa polityczna rozegra się na ulicach. Ponieważ im bardziej prowincja jest zaniedbywana na korzyść miast, tym bardziej pogłębia się polaryzacja społeczna, erodują podstawowe zasady moralne, rosną równoległe społeczności migrantów, szerzy się przestępczość, zawodzi władza państwowa, a gospodarka popada w kryzys, tym bardziej staje się prawdopodobne, że walka o większość polityczną poprzez utworzenie uporządkowanych i bezpiecznych przestrzeni odbędzie się poza kontrolą państwa. Porządek, który w ten sposób powstanie, będzie także wspierany przez gospodarkę oraz główne media – demokratyczna legitymizacja będzie wtedy już tylko zwykłym efektem zewnętrznym, bo jak szybko w XXI w. kontrolę nad państwem potrafią przejąć niemal nikomu nieznani politycy z nowo powstałymi partiami, dobitnie pokazał przypadek francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona.
Jaką rolę odgrywa niemieckie „supermocarstwo moralne” w obecnym upadku Europy?
Niemcy są wybitnym przykładem „spóźnionego narodu”. Bronili jedna po drugiej zasad feudalnych, narodowych, kolonialnych, rasowych, socjalistycznych, a teraz moralnych. Wszystkie te zasady w sąsiednich krajach uchodziły wtedy już od dziesięcioleci za przestarzałe. Za to Niemcy broniły ich zawsze z taką zaciekłością, że cały kontynent jeszcze długo nosił ślady tego „nadrabiania zaległości”. Oprócz kilku nielicznych europejskich elit rządowych i bezpośrednich sąsiadów Niemiec, takich jak Holandia, Skandynawia i część Polski, duża część populacji europejskiej od dawna straciła wiarę w „moralną wyższość” kontynentu i szczególną „historyczną odpowiedzialność” Europy. I ona byłaby gotowa na zmianę. Tylko Niemcy nie przeszły jeszcze tego procesu w pełni i są – jak za każdym razem – głęboko przekonane, że tym razem znalazły się wreszcie po „właściwej stronie” historii. I tu prędzej czy później nastąpi zmiana nastawienia – można mieć tylko nadzieję, że nasz kontynent nie zostanie z tego powodu po raz kolejny doprowadzony do ruiny, materialnie i kulturowo.
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
