Ustawione wybory do Dumy. "Kontrolowanie sił politycznych"Ustawione wybory do Dumy. "Otoczenie Putina kontroluje wszystkie uczestniczące w wyborach siły polityczne"

Rozbitej represjami organizacji Nawalnego udało się opublikować listę 225 rekomendacji, jak głosować, aby w jednomandatowych okręgach pozbawić szans kandydatów Jednej Rosji
Wynik wyborów jest łatwy do przewidzenia – wygra Jedna Rosja Władimira Putina.
Orędzie, z którym do narodu wystąpił w przededniu głosowania do Dumy Państwowej Władimir Putin, było krótkie i dość bezbarwne. Powiedział w nim jedynie, że „szybko i w sposób nieprzewidywalny zmienia się świat”, co jest zarówno szansą, jak i wyzwaniem dla kraju i z tego właśnie powodu Rosja potrzebuje sprawnie działającego parlamentu.
Zdaniem niektórych obserwatorów cała kampania poprzedzająca „dzień głosowania”, który w tym roku po raz pierwszy trwał trzy dni: 17–19 września, według opozycji po to, by móc w sposób nieskrępowany fałszować wyniki, wyglądała podobnie jak przemówienie Putina – była nudna i w niewielkim stopniu absorbowała Rosjan. Wyniki są zresztą łatwe do przewidzenia – wygra Jedna Rosja. Andriej Percew, dziennikarz portalu Meduza, napisał, że władze celowo postawiły na tego rodzaju kampanię po to, by zniechęcić Rosjan do uczestnictwa w wyborach. W jego opinii niska frekwencja jest najlepszą gwarancją, że uda się uniknąć niespodzianek, a partia władzy – Jedna Rosja, zrealizuje postawione przed jej kierownictwem „zadanie”, jakim jest zdobycie co najmniej 300 z 450 mandatów (w obecnej Dumie ma ona 336 miejsc).
W tym roku kremlowscy spin doktorzy postawili na „stabilizację” i to, że otoczenie Putina kontroluje wszystkie uczestniczące w wyborach siły polityczne, w tym potencjalnie najbardziej „niesforną” Komunistyczną Partię Federacji Rosyjskiej (KPFR), która od maja do początków września poprawiła notowania w badaniach opinii publicznej dwukrotnie, podczas gdy partia władzy jeszcze w sierpniu notowała historycznie niskie wyniki. Ostatnie sondaże przeprowadzone w tygodniu poprzedzającym głosowanie przez kontrolowane przez władze ośrodki badania opinii publicznej wskazywały jednak, że Jedna Rosja może liczyć na 40–45 proc. głosów. W opinii sceptyków tego rodzaju skok poparcia jest trudny do wytłumaczenia, bo jeszcze w sierpniu Jedna Rosja miała 23 proc. poparcia, a komuniści Giennadija Ziuganowa blisko 20 proc., co może oznaczać, iż w tegorocznych wyborach zbliżą się do swego najlepszego wyniku wyborczego, jaki odnotowali w 1999 r. Ich zdaniem może to świadczyć, że władza ma zamiar „narysować” wyniki wyborów.
Przepis na wyborcze fałszerstwo
Na tego rodzaju scenariusz wskazuje choćby ujawnione przez „Nową Gazetę” nagranie ze szkolenia przedstawicieli komisji wyborczych w podmoskiewskim Korolewie. Na nagraniu kobieta, którą dziennik zidentyfikował jako Żannę Prokofiewą, pomocnika szefa miejscowej administracji, instruuje szefów komisji, co mają robić, aby w ich komisji „wiadomo która partia” uzyskała taki wynik jak należy. Nie ma problemu z dokładaniem do urny zawczasu przygotowanych kart do głosowania, bo władze zadbały o to, aby wśród niezależnych obserwatorów znaleźli się niemal wyłącznie ludzie, na których można polegać, trzydniowe głosowanie też to ułatwia. Ważne jest co innego, mówi instruująca przedstawicieli komisji Prokofiewa, trzeba mianowicie zachować „zimną krew i nie panikować”, ale nade wszystko kontrolować spisy wyborców. W jaki sposób? Najłatwiej mieć dwa spisy – ten, który widzą przychodzący głosować i drugi własny, który potem zostanie uznany za oficjalny. W tym pierwszym wszystko musi być „jak należy”, bo trzeba uniknąć błędów z przeszłości i większych skandali, które już raz doprowadziły do unieważnienia wyborów w Korolewie. Najgorzej jest wtedy, kiedy do lokalu przychodzi wyborca i widzi w spisie, że już oddał głos albo jego obłożnie chora sąsiadka przyszła na wybory z synem, który – i wszyscy w okolicy o tym wiedzą – pracuje np. na Kamczatce. Po to są właśnie te dwa spisy, wścibscy wyborcy widzą, że wszystko jest OK, nie ma żadnych martwych dusz, nikt za nich nie głosował, a szef komisji ma własną listę, z którą może zrobić, co zechce.
Inną technikę zastosowano w obwodzie rostowskim. Tam z kolei głosować mogą „nowi obywatele Federacji Rosyjskiej”, czyli ponad 600 tys. mieszkańców Donbasu, którzy w ramach przyspieszonego procesu paszportyzacji uzyskali prawa wyborcze. Denis Puszylin, szef donieckiej „republiki ludowej”, powiedział, że władze organizują 12 pociągów i zmobilizowały 825 autobusów, aby zawieźć chętnych do lokali wyborczych. Raczej nie ma wątpliwości, na kogo wdzięczni nowi obywatele oddadzą swoje głosy.
Z kolei w Moskwie postawiono na głosowanie elektroniczne, które akurat w rosyjskiej stolicy w ramach „eksperymentu” będzie w tym roku możliwe. Mer Moskwy Siergiej Sobianin powiedział, że w formule głosowania elektronicznego chce w tym roku oddać swe głosy 1,3 mln mieszkańców, co stanowi 17,5 proc. uprawnionych do głosowania. Eksperci zauważają, że w wyborach do Dumy w 2016 r., kiedy nie było takiej możliwości, w Moskwie uczestniczyło w wyborach 35 proc. tych, którzy mieli do tego prawo, co oznacza, że w tym roku nawet połowa głosów może zostać oddana za pośrednictwem komputerów. Daje to władzom wielkie, wprost nieograniczone możliwości. Począwszy od tradycyjnej, zwłaszcza w sektorze publicznym, formuły głosowania „w obecności starszego kolegi”, a najlepiej w gabinecie i z komputera dyrektora personalnego, po bardziej wyrafinowane sposoby związane z platformami usług publicznych, za których pośrednictwem można będzie oddać głos.
Są też metody organizowania wyborów, można rzec, ulubione, do których przywiązane są władze lokalne. W tzw. sułtanatach wyborczych, czyli autonomicznych republikach północnego Kaukazu, takich jak Czeczenia, Inguszetia czy Dagestan, sprawa jest prosta – władza mówi, na kogo głosować i ludzie przyzwyczajeni do posłuszeństwa tak robią, czasami nawet nie fatygując się do lokali. Najlepszym przykładem jest Inguszetia, w której mieszka jakieś 500–600 tys. mniej ludzi, niż podają oficjalne statystyki, a to oznacza, że liczebność mieszkańców republiki została zawyżona o 100 proc. Dlaczego? Pewnym wytłumaczeniem jest migracja do miast na Północy, ale przede wszystkim chodzi o subwencje z Moskwy, które liczone są na głowę, więc wszystkim się opłaca, aby mieszkańców było więcej.
W Petersburgu natomiast lubią technikę „na sobowtóra”. Przekonał się o tym Borys Wiszniewski, szef radnych liberalnego Jabłoka w lokalnej Dumie, którego władzom nie udało się skreślić z tegorocznych wyborów. Nie oznacza to, że nie próbowały. Został on przez lokalną komisję skreślony z listy, ale tak nieudolnie, iż sąd musiał go przywrócić. I wówczas się okazało, że na liście wyborczej jest trzech Borysów Wiszniewskich, mało tego, bardzo z wyglądu do siebie podobnych. Dwóch z nich jeszcze niedawno nazywało się zupełnie inaczej i w ostatnich tygodniach zmienili nazwiska, a nawet wygląd, po to by upodobnić się do tego Borysa Wiszniewskiego, ale kto obywatelowi zabroni?
„Perswazja” i klony partii
Ta technika stosowana jest, jak obliczyli dziennikarze „Kommiersanta”, w ponad 20 okręgach jednomandatowych. Władzy nie jest jednak obojętne, jak potoczą się wybory w 225 okręgach jednomandatowych. W tym przypadku stosuje się cały wachlarz działań. Po pierwsze, nie dopuszcza się do wyborów popularnych i niepokornych polityków. Tak stało się w przypadku Lwa Szlosberga z Jabłoka czy Pawła Grudynina, najpopularniejszego kandydata KPFR, których sądy pod byle pretekstami skreśliły z listy. Można też przekonać rywalizującego z kandydatem Jednej Rosji polityka, że start w wyborach to nie jest najlepszy pomysł. Na przykład w Kraju Krasnojarskim zrezygnował z wyborów Aleksandr Gliskow wystawiony przez partię Żyrinowskiego, który miał szansę wygrać z Aleksandrem Drozdowym, kandydatem partii władzy. Gliskowa wyborcy mieli poprosić o to, aby się wycofał i „pozostał w regionie”. Podobnie postąpił startujący z rekomendacji Sprawiedliwej Rosji w obwodzie swierdłowskim Dmitrij Jonin. Co ciekawe, ich partie matki, niemające licznych klubów w Dumie, dla których każdy dodatkowy mandat jest niemal na wagę złota, nie protestowały przeciw decyzjom swoich polityków.
Jeśli nie ma szans na tego rodzaju „perswazję”, to polittechnolodzy Kremla inicjują powstanie całych formacji politycznych, których jedynym zadaniem ma być odebranie głosów konkurentom Jednej Rosji. Z kandydatami Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, formacją Ziuganowa, na listach wyborczych rywalizują reprezentanci partii Komuniści Rosji, często o podobnie brzmiących nazwiskach, która nie ma szans na reprezentację w Dumie. O głosy balansującej na granicy progu wyborczego liberalnej i opozycyjnej partii Jawlińskiego Jabłoko rywalizować będzie powołana w ub.r. przez Aleksieja Nieczajewa, przedsiębiorcę, specjalistę w zakresie marketingu bezpośredniego, formacja Nowi Ludzie odwołująca się do młodszych i bardziej liberalnych wyborców. Według ostatnich sondaży zarówno Jabłoko, jak i Nowi Ludzie balansują na granicy progu wyborczego.
Podobnie sprawy mają się w kilku okręgach moskiewskich, szczególnie trudnych dla władz, gdzie zamieszkuje inteligencja. Najlepszym przykładem jest obwód leningradzki, gdzie przeciw kandydatowi Jednej Rosji stanęły Marina Litwinowicz z Jabłoka i usunięta z tej formacji, młoda ambitna, Anastasia Bryukhanowa, prowadząca bardzo, jak na rosyjskie warunki, dynamiczną kampanię. Udało jej się zebrać na kampanię, z wpłat ludzi, maksymalną dopuszczoną prawem kwotę 40 mln rubli (550 tys. dol.) i ma wszelkie szanse, aby pokonać w wyścigu wyborczym znacznie mniej przebojową Litwinowicz. Z takiego obrotu spraw może się cieszyć, w opinii wielu obserwatorów, jedynie kandydat Jednej Rosji, który maksymalnie zdobędzie 30 proc. głosów, podczas gdy obie rywalizujące ze sobą kandydatki opozycji mają razem 35 proc.
Apel o „rozumne głosowanie”
Ani formuła „wyczyszczenia list”, ani wystawienie przez opozycję w tym samym okręgu wielu kandydatów, ani „sobowtóry” nie dają gwarancji na sukces. Przekonać się o tym może Michaił Diegtiariew, obecny gubernator Chabarowska z partii Żyrinowskiego. W odbywających się równolegle z głosowaniem do Dumy wyborach na jego stanowisko nie ma on realnych konkurentów, ale w tym syberyjskim mieście, znanym z wielomiesięcznych protestów ulicznych po aresztowaniu jego poprzednika, ludzie są gotowi głosować „na kogokolwiek”, byle tylko pokazać władzy czerwoną kartkę. Zygmunt Hudiakow, były tokarz i jeden z liderów protestów w Chabarowsku (sześć razy zatrzymany, 33 dni aresztu), powiedział portalowi Znak, że „teraz najważniejsze, aby głosować przeciw Putinowi, przeciw Jednej Rosji” i dlatego popiera nikomu nieznaną dziennikarkę z Moskwy Marinę Kim, która w ogóle nie pojawia się w Chabarowsku. W opinii lokalnych dziennikarzy w świetle ostatnich notowań ma ona równe szanse w starciu z urzędującym gubernatorem i nie można wykluczyć drugiej rundy.
Opinia Hudiakowa pozwala zrozumieć, dlaczego Kreml za swojego największego wroga uznał Nawalnego i jego apel o „rozumne głosowanie”, czyli poparcie tego rywala kandydata Jednej Rosji, niezależnie od partyjnej afiliacji, który ma największe szanse na zwycięstwo. Rozbitej aresztowaniami i represjami organizacji Nawalnego udało się wbrew staraniom władz opublikować listę 225 rekomendacji, jak głosować, aby w jednomandatowych okręgach pozbawić szans kandydatów Jednej Rosji. Zaniepokojenie władz jest tak duże, że nie zawahały się zacząć blokowania niektórych stron Google’a i weszły w konflikt z globalnymi koncernami Apple czy Cisco, żądając wycofania z ich serwerów informacji na temat „rozumnego głosowania”. To, że Nawalny siedzi w kolonii karnej, a jego najbliżsi współpracownicy wyjechali z Rosji, nie zmniejsza zagrożenia, jakim jest dla władz „rozumne głosowanie”. Jeśli ludzie, a badania opinii odnotowują rosnącą falę niezadowolenia, będą głosować na każdego, byle tylko nie zwyciężyła Jedna Rosja, to władza Putina w efekcie tego rodzaju postaw co prawda nie osłabnie, ale rozhermetyzuje się cały system. Naruszona zostanie krucha równowaga grup nacisku, lokalnych koterii i frakcji w obozie władzy, ale przede wszystkim zakwestionowana zasada, że to Kreml decyduje, a nie wyborcy, o tym, kto zasiada w Dumie. W rezultacie system może się zacząć wewnętrznie destabilizować, bo jak powiedział w jednym z wywiadów socjolog Gleb Pawłowski, najgroźniejsza opozycja może powstać w obrębie obozu władzy, a nie poza jego strukturami.
Tego rodzaju „rozchwianie systemu” może być tym groźniejsze, że zdaniem ekonomisty Władisława Inoziemcowa, Rosja już technologicznie odstaje od świata o całą generację i dziś przypomina nieco czasy Mikołaja I, kiedy była uznawana za państwo najsilniejsze w Europie, a jakie są jej rzeczywiste możliwości, dowiodła wojna krymska. Teraz wojny nie będzie, ale szok związany z europejską polityką klimatyczną, na jaki zostanie wystawiona rosyjska gospodarka surowcowa, będzie nie mniejszy. Tym bardziej jeśli obóz władzy, który zresztą podlega rosnącej presji generacyjnej, wejdzie w nową epokę podzielony, to Rosja może, w opinii Inoziemcowa, powtórzyć to, co się stało za Gorbaczowa i Jelcyna. Nawet zamknięcie w więzieniach całej opozycji niewiele tu w jego opinii pomoże, bo liczyć się będzie stan rosyjskiego obozu władzy, a ten w wyniku obecnych wyborów może zmienić się w niemałym stopniu. To, że wygra w nich Kreml, nie gwarantuje w dłuższej perspektywie właściwie niczego.
Artykuł z 38/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
