Powrót najemników. "Tańsi niźli regularne siły zbrojne"Powrót najemników. "Prywatni kontraktorzy są po prostu znacznie tańsi niźli regularne siły zbrojne"

Nawet połowa z 14 bln dol., jaką USA wydały na 20-letnią interwencję w Afganistanie, trafiła do prywatnych firm wojskowych. Zajmowali się oni nie tylko logistyką, lecz również uczestniczyli w działaniach bojowych.
W zatrudnianiu prywatnych firm i formacji wojskowych do rozwiązywania różnego rodzaju konfliktów na świecie prym wiodą Amerykanie. Kroku zaczynają im dotrzymywać Rosjanie, a także Turcy.
Matt Powers, amerykański major pracujący w Dowództwie Połączonych Sztabów, napisał w specjalistycznym portalu War on the Rocks, że mało znana światowej opinii publicznej prywatna turecka kompania wojskowa SADAT „jest najlepszym przykładem ewolucji prywatnego sektora wojskowego” i turecką odpowiedzią na działanie podobnych formacji rosyjskich w rodzaju Grupy Wagnera czy firm amerykańskich. Ta prywatna firma, powołana przez Adnana Tanriverdiego, generała brygady w stanie spoczynku, znanego ze swych islamistycznych sympatii, uznawana jest przez specjalistów za jedno z najistotniejszych narzędzi asertywnej polityki zagranicznej, jaką uprawia Recep Tayyip Erdoğan.
Kiedy jesienią ubiegłego roku wybuchła wojna między Azerbejdżanem a Armenią, światowe media obiegły informacje o syryjskich najemnikach walczących po stronie Baku. Mieli oni być werbowani z grona protureckich milicjantów w syryjskim Idlibie i wysyłani na front właśnie przez firmę Tanriverdiego. Wcześniej ludzie zatrudnieni w SADAT wspierali rząd Libii, który zmagał się z ofensywą samozwańczego marszałka Chalify Haftara, po którego stronie walczyli zresztą rosyjscy najemnicy z Grupy Wagnera. Dziś uważa się, że sukces rządu w Trypolisie, któremu udało się powstrzymać ofensywę Haftara i przejść do kontruderzenia, był możliwy dzięki poparciu Turcji. W praktyce polegało to na tym, że Ankara wysłała do Libii przede wszystkim ludzi z prywatnej firmy wojskowej SADAT, w mniejszym stopniu ryzykując życie żołnierzy z regularnych sił zbrojnych.
Brutalni Wagnerowcy
Ta strategia Turcji była zresztą lustrzanym odbiciem tego, co zrobili Rosjanie, którzy do Libii przerzucili z Syrii co najmniej tysiąc najemników z Grupy Wagnera. Zdobyty latem tego roku przez dziennikarzy BBC laptop należący do jednego z wagnerowców pozwolił ustalić, że w Libii zajmowali się oni m.in. podkładaniem min pułapek w obszarach zurbanizowanych, min w zabawkach dla dzieci, co jest zabronione przez międzynarodowe konwencje, a także, iż dysponowali tam ciężkim sprzętem, takim jak czołgi i wyrzutnie rakietowe, oraz dronami bojowymi, co nie byłoby możliwe, gdyby nie cieszyli się poparciem najwyższych czynników państwowych.
Oficjalnie wagnerowców – firmy kierowanej przez emerytowanego pułkownika rosyjskich wojsk powietrznodesantowych Dmitrija Utkina, a powiązanej, jak się uważa, z „kucharzem Putina” Jewgenijem Prigożynem – w Libii nie było. Władimir Putin pytany w styczniu 2020 r. o to, co robią oni w Libii, powiedział, że „jeśli są tam obywatele Rosji, to nie reprezentują interesów państwa rosyjskiego ani nie otrzymują żołdu od Rosji”. Ta druga część deklaracji Putina wydaje się prawdziwa, bo w przejętym laptopie znaleziono dokumenty świadczące o tym, że finansowanie zapewniała firma znana z Syrii, która otrzymała tam od rządu Asada koncesje na poszukiwanie i eksploatację złóż ropy naftowej, kapitałowo powiązana właśnie z Prigożynem. Wagnerowcy w Syrii, a wcześniej w Donbasie, dali się poznać – są na to dziesiątki dowodów, również w postaci filmów – formacja niezwykle brutalna, nie tylko mordująca, lecz również torturująca swoich jeńców. I to jest jeden z powodów wykorzystywania jej przez Moskwę – ci „współcześni wikingowie”, jak sami się określają najemnicy z Grupy Wagnera, mogą łamać międzynarodowe konwencje i stosować terror wymierzony również w ludność cywilną po to, aby w ten sposób zastraszyć przeciwników i skłonić ich do ustępstw. Są przy tym politycznie wygodni, bo ewentualne ofiary z ich grona nie obciążają rosyjskich sił zbrojnych i Moskwa może twierdzić, że „ich tam niet”.
Wagnerowcy są też w Republice Środkowoafrykańskiej, Mozambiku, w Sudanie. Rosyjscy dziennikarze ustalili, że Prigożyn, który zresztą prowadzi też znaną farmę trolli w Olgino pod Petersburgiem, oferuje afrykańskim dyktatorom „pakiet pomocy” obejmujący ochronę i wsparcie Grupy Wagnera, politycznych doradców i techniki obecności w internecie umożliwiające kontrolowanie przebiegu wyborów i wpływania na opinię publiczną. Zdaniem ekspertów ds. strategicznych, takich jak Michael Kofman z amerykańskiego think tanku CNA, Rosja realizuje obecnie coś w rodzaju strategii nękania swych przeciwników, angażując się w konflikty o niewielkiej skali, zupełnie nieporównywalne z wojnami przeszłości. Chodzi o to, aby utrzymywać napięcie, angażować siły przeciwnika, nie ryzykując pełnowymiarowej wojny. Formacje w rodzaju Grupy Wagnera, a wcześniej „zielone ludziki” na Krymie czy „traktorzyści” w Donbasie pozwalają Moskwie to właśnie osiągnąć. Niskim kosztem destabilizować sytuację, nie ponosząc jednocześnie pełnej odpowiedzialności politycznej za prowadzone działania.
Tańsze wojsko
Jednak prywatyzacja wojny to niewyłącznie domena Rosjan ani Turków. Zdecydowanie to Amerykanie dzierżą w tym zakresie palmę pierwszeństwa. Na masową skalę zatrudniają prywatne firmy i formacje wojskowe już od czasów inwazji na Irak. W tym wypadku głównym motywem są, jak się wydaje, finanse. Prywatni kontraktorzy są po prostu znacznie tańsi niźli regularne siły zbrojne. Płaci im się wyłącznie za udział w operacjach, nie oczekują rozbudowanych pakietów socjalnych, nie przechodzą na przyspieszoną emeryturę. William Hartung, badacz z Uniwersytetu Browna, obliczył, że nawet połowa z 14 bln dol., jaką Stany Zjednoczone wydały na 20-letnią interwencję w Afganistanie, trafiła do prywatnych firm wojskowych – kontraktorów Pentagonu. Zajmowali się oni nie tylko logistyką czy naprawami oraz konserwacją sprzętu, lecz również uczestniczyli w działaniach bojowych czy ochraniali główne obiekty amerykańskie w rodzaju bazy lotniczej w Bagram. Spora część tych środków trafiła zresztą do lokalnych, afgańskich warlordów, którzy przekształcili swoje oddziały w prywatne firmy świadczące usługi ochrony.
Rosnące znaczenie prywatnych firm wojskowych w amerykańskiej strategii dobrze oddają analizy Government Accountability Office, instytucji kontrolnej Kongresu, której specjaliści obliczyli, że na jednego amerykańskiego żołnierza wysłanego do Iraku przypadał jeden kontraktor z prywatnej firmy, jednak w Afganistanie proporcja ta zmieniła się w ten sposób, że 70 proc. zaangażowanych sił stanowili pracujący dla prywatnych firm wojskowych. Sean McFate z waszyngtońskiego National Defence University jest zdania, że „kontraktowanie stało się nowym amerykańskim sposobem prowadzenia wojny, a linie trendów wskazują, że Stany Zjednoczone mogą w przyszłości outsourcingować 80 do 90 proc. przyszłych wojen”. W tym wypadku zdecydują względy ekonomiczne. Biuro budżetowe Kongresu obliczyło, że utrzymanie w warunkach wojennych batalionu piechoty lekkiej kosztuje amerykańskiego podatnika przez miesiąc 110 mln dol., podczas gdy prywatnej firmie za wystawienie podobnego oddziału nie płaci się więcej niźli 99 mln dol. miesięcznie. W czasie pokoju jest jeszcze taniej, bo zwyczajnie rozwiązuje się kontrakt, podczas gdy miesięczne koszty utrzymania podobnej jednostki regularnych sił zbrojnych wynoszą 60 mln dol.
Sięgają nawet kosmosu
Zjawisko prywatyzacji wojny nie ogranicza się jedynie do mocarstw i państw aspirujących do tego miana. „The New York Times” donosił przy okazji zaangażowania najemników z Kolumbii w zamordowanie prezydenta Haiti, że od lat werbowani są oni przez rząd Zjednoczonych Emiratów Arabskich i wysyłani, aby walczyć w Jemenie z proirańskimi powstańcami Huti. Co rok z kolumbijskich sił zbrojnych na wcześniejsze emerytury, nieprzekraczające 400 dol. amerykańskich miesięcznie, przechodzi 10 tys. żołnierzy i oficerów. Państwo, które przez lata toczyło wyniszczającą wojnę domową z lewacką partyzantką i handlarzami narkotyków, obecnie, kiedy po zawarciu pokoju sytuacja się uspokoiła, nie potrzebuje ani nie ma środków na to, aby utrzymać tak dużą armię. W efekcie 40-letni, emerytowani żołnierze z Kolumbii, będący – jak powiedział dziennikarzom „The New York Timesa” Isaías Suache, szef jednego ze stowarzyszeń weteranów – „maszynami do zabijania”, trafiają na rynek międzynarodowy.
Nawet w Armenii działają na zlecenie władz prywatne firmy wojskowe w rodzaju Phoenix School of Bravery, które prowadzą treningi wojskowe dla mieszkańców wsi położonych przy granicy z Azerbejdżanem.
Prywatyzacja wojny to nie tylko formacje w rodzaju Blackwater Erica Prince’a czy turecki SADAT, lecz setki niewielkich wyspecjalizowanych przedsiębiorstw aktywnych we wszystkich dziedzinach. Dziś właściwie nie ma już domeny zastrzeżonej wyłącznie dla wojska. Prywatni kontraktorzy mają bazy i pilnują swobody żeglugi w regionach zagrożonych działaniem piratów, zdominowali ochronę w cybersferze, wchodzą w domeny – wydawałoby się – hermetyczne, jakimi są wywiad i kosmos.
W swym ostatnim raporcie poświęconym kwestii rozwoju satelitarnych usług telekomunikacyjnych firma konsultingowa Euroconsult formułuje tezę, że do roku 2030 wartość tego rynku wyniesie 20 mld dol., a w trzech czwartych zostanie on opanowany przez firmy prywatne, co oznacza, że dotychczasowa dominacja instytucji i agencji państwowych przechodzi do historii. Eksperci Euroconsultu są zdania, że w ciągu najbliższych pięciu lat 90 proc. nowych mocy w zakresie satelitarnej transmisji danych, które wejdą do eksploatacji, będzie należało do prywatnych firm w rodzaju One Web czy Starlink lub innych start-upów kosmicznych.
Innymi słowy kosmos, a przede wszystkim przesył danych i systemy obserwacji satelitarnej właśnie się komercjalizują w przyspieszonym tempie, co wymusi w nieodległej przyszłości liczne zmiany, w tym również w wojskowości i w działalności wywiadowczej. Erik Lin-Greenberg z Massachusetts Institute of Technology i Theo Milonopoulos z Uniwersytetu Pensylwania w artykule opublikowanym na łamach prestiżowego periodyku „Foreign Affairs” formułują tezę, że w najbliższej przyszłości w związku z rewolucyjnymi zmianami w zakresie możliwości umieszczania na orbitach geostacjonarnych przez sektor prywatny małych i tanich sztucznych satelitów uformuje się coś na kształt partnerstwa publiczno-prywatnego w tym zakresie. Już nie ociężałe i niezwykle kosztowne agencje finansowane z funduszy publicznych, które zazwyczaj pochłaniają miliardy i relatywnie niewiele w zamian dają, ale sprawnie poruszające się na szybko rosnącym rynku podmioty prywatne będą odpowiedzialne za obserwację satelitarną, łączność i transmisję danych również w celach wojskowych, a podmioty publiczne, w tym wywiad i armia, będą kupować ich usługi. Mało tego, w związku z zachodzącą na naszych oczach rewolucją technologiczną będą to systemy tańsze i trudniejsze, z racji wielkiej liczby sztucznych satelitów Ziemi, do zniszczenia.
Zdaniem ekspertów wywiad i analiza dostępnych danych, bezpieczeństwo w cybersferze, szkolenia, rozpoznanie strategiczne, ochrona danych wrażliwych, a nawet usługi w zakresie operowania dronami bojowymi, których użycie przesądziło o wyniku ostatniej wojny między Azerbejdżanem a Armenią, mogą być z powodzeniem wykonywane przez zakontraktowane firmy prywatne. Nie tylko lepiej poruszają się one w szybko zmieniających się domenach współczesnej wojny, lecz są dużo tańsze niźli tradycyjne siły zbrojne, bo nie „ciągną” za sobą całego ogona socjalnego, począwszy od sortów mundurowych i mieszkań wojskowych, na przyspieszonych emeryturach skończywszy.
Wojna, w opinii Seana McFate’a, prywatyzuje się i jest to trend, którego nie da się zatrzymać. Obserwowane procesy rodzą też istotne zagrożenia. Jednym z najpoważniejszych jest obniżenie progu rozpoczęcia konfliktu. Jeśli można użyć „zielonych ludzików”, które nie wiadomo dla kogo działają, ich aktywność nie pociąga takiego ryzyka politycznego jak tradycyjna wojna, to politycy mogą zacząć myśleć: „Dlaczego nie spróbować?”. Mogą chcieć sprawdzić, na ile państwo postrzegane w kategoriach rywala jest wewnętrznie zjednoczone i zdolne odpowiedzieć na zagrożenie. Doświadczamy tego właśnie na naszej granicy z Białorusią. McFate uważa, że „najemnicy wrócili” i nic już nie powstrzyma rewolucyjnych zmian w sztuce prowadzenia wojny, które wiążą się z ich ponownym pojawieniem się. Państwa będą się musiały przystosować do nowych realiów i zacząć używać w swej polityce również narzędzi tego rodzaju. Może w związku z tym warto pomyśleć o polskim Academi, znanym wcześniej jako Blackwater?
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
