Kryzys migracyjny czy nowoczesna wojna?Kryzys migracyjny czy nowoczesna wojna? "Moskwa może zabiegać o uzyskanie statusu siły, z którą należy rozmawiać"

Celem rosyjskiej „wielkiej strategii” nie jest wojskowe zajęcie terenów państwa przeciwnika, lecz stworzenie sytuacji trwałego, kontrolowanego konfliktu na jego terenie.
Szefowie resortów spraw zagranicznych Unii Europejskiej po niedawnym spotkaniu w Słowenii zgodnie oświadczyli, że „białoruskie władze wykorzystywały migrantów do wywierania nacisku na nasze wschodnie granice”, a Josep Borrell powiedział nawet, że mamy do czynienia „ze sztucznie wywołaną sytuacją kryzysową”.
Taka ocena sytuacji przez państwa Unii doprowadziła już do znaczącej zmiany stanowiska wspólnoty wobec napływu migrantów w porównaniu z rokiem 2015. Jak powiedział przebywający na Litwie na początku września Margaritis Schinas, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, „Europa stoi ramię w ramię z Litwą”, która chroni granic Unii. Zapowiedział też natychmiastowe przyznanie Wilnu 36,7 mln euro z unijnych funduszy, o co prosiła Litwa, argumentując, że środki te potrzebne są na ochronę granic. Ta ostatnia kwestia bardzo wyraźnie pokazuje zmianę nastawienia Brukseli, jeszcze w sierpniu przedstawiciele KE byli bowiem sceptyczni wobec finansowego wsparcia wysiłków Litwy, mówiąc, że „regulacje unijne nie przewidują finansowania budowy murów na granicach”.
Z postawą Litwy, która w przeciwieństwie do Polski sygnalizuje, że wyczerpują się jej zasoby, które może przeznaczyć na ochrony, solidaryzują się też państwa UE. I tak rząd w Pradze zdecydował o udzieleniu Litwie ponad 500 tys. euro pomocy na uszczelnienie granicy, a w stosownym oświadczeniu podpisanym przez Agnė Bilotaitė, litewską minister spraw wewnętrznych, i Jakuba Kulhánka, szefa czeskiego MSZ, napisano, że „Łukaszenka wykorzystuje migrantów w charakterze broni, przy której użyciu wywiera presję i szantażuje Litwę oraz całą Unię Europejską”. Podobną opinię, oskarżając reżim w Mińsku „hybrydową agresję” i używanie migrantów w charakterze broni, wyrazili również we wspólnym oświadczeniu ministrowie spraw wewnętrznych UE. Wypowiedzi liderów państw Zachodu, takich jak austriacki kanclerz Sebastian Kurz, który powiedział, że „kryzys migracyjny podobny do roku 2015 nie może się powtórzyć”, czy prezydent Francji Emmanuel Macron, który wezwał Europę, aby ta przygotowywała się na zagrożenie związane z napływem nielegalnych migrantów, świadczą o tym, że nastroje w Europie są dziś zupełnie inne niż kilka lat temu. Mówi się o obronie granic, zagrożeniu, używaniu migrantów jako środka agresji w wojnie asymetrycznej. Nawet tradycyjnie stronnicze i niechętne polskiemu rządowi europejskie liberalne media, np. Politico.eu, nie są skłonne dawać posłuchu argumentacji radykalnych polskich organizacji opowiadających się za przyjmowaniem uchodźców. Raczej akcentują słowa Donalda Tuska, który powiedział, że „granica europejska musi być chroniona”.
Czego chce Rosja
Jednak zasadniczym pytaniem w kontekście kryzysu migracyjnego na granicy Polski, Litwy i Łotwy z Białorusią powinno być nie to, jak reagować, ale z czym mamy właściwie do czynienia. Jeśli bowiem politycy i eksperci mówią o używaniu migrantów w charakterze broni w konflikcie asymetrycznym, to zasadnym pytaniem jest to, po co został on wzniecony, jak długo może potrwać i co jego organizatorzy chcą osiągnąć?
John Ruehl na łamach „The National Interest” przypomniał, że w 2015 r. władze Finlandii oskarżyły Moskwę o zorganizowanie podobnego ataku migracyjnego.
iestety wygląda to na polityczną demonstrację Rosji
– powiedział wówczas „The New York Times” Ilkka Kanerva, były minister spraw zagranicznych Finlandii, przewodniczący parlamentarnego komitetu obrony.
Są bardzo zręczni w wysyłaniu sygnałów. Chcą pokazać, że Finlandia powinna być bardzo ostrożna, gdy podejmuje własne decyzje w sprawach takich, jak ćwiczenia wojskowe, nasze partnerstwo z NATO i sankcje Unii Europejskiej przeciwko Rosji
W 2017 r. Renatas Požėla, kierujący litewskimi służbami granicznymi, stwierdził, że główną rolę w organizowaniu strumieni migracyjnych docierających przez Białoruś na Litwę, choć wówczas o obecnej skali nie było jeszcze mowy, odgrywa rosyjska FSB. W wywiadzie udzielonym niedawno brytyjskiemu dziennikowi „Financial Times” minister spraw zagranicznych Łotwy powiedział, że zważywszy na stopień integracji służb specjalnych Białorusi i Rosji, „nie ma wątpliwości”, iż za zorganizowanie fali migrantów odpowiada Moskwa. Niektórzy komentatorzy na Litwie zwracają też uwagę, że zdecydowana większość tych, którzy nielegalnie przekroczyli granice, to obywatele Iraku, a w tym kraju to raczej Rosja i zaprzyjaźniony z Moskwą Iran, a nie Białoruś, mają znaczące wpływy.
Jeśli w 2015 r., organizując strumień nielegalnych migrantów, którzy na dalekiej północy najpierw zaczęli docierać do Norwegii, a później do Finlandii, Moskwa chciała wysłać „sygnał polityczny”, to co chce zakomunikować nam teraz?
Nieco światła w tej kwestii rzucają nam komentarze Marii Zacharowej, rzeczniczki prasowej rosyjskiego MSZ, która powiedziała, że „Polska nie daje sobie rady z kryzysem na swojej granicy”, oraz stwierdziła, iż jest on skutkiem polityki, jaką Warszawa uprawiała, wraz z USA, w Afganistanie. Mamy tu do czynienia z dwoma tradycyjnymi wątkami rosyjskiej narracji – państwo polskie jako słabe ogniwo w europejskim systemie bezpieczeństwa i nadmiernie uzależnione politycznie od Stanów Zjednoczonych.
Podobne oskarżenia pojawiają się zresztą w rosyjskiej narracji, jeśli chodzi o Litwę. W przekazie tym chodzi o przekonanie liderów starej Europy, że wschodnia flanka NATO jest słaba, nieprzygotowana do stawienia oporu w razie zaistnienia sytuacji kryzysowej, a w związku z tym nie warto stawiać na Polaków ani państwa bałtyckie, lepiej porozumieć się z Rosją. Otwarcie w tym duchu wypowiadał się po niedawnym spotkaniu z kanclerz Merkel Władimir Putin, jednym tchem mówiąc o korzyściach, jakie przynieść może współpraca z Rosją i zagrożeniach związanych z oczekiwaną falą migrantów z Afganistanu.
Niedawna niespodziewana oferta ministra Ławrowa, który zaproponował Warszawie wznowienie małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim, może być odczytywana jako element tradycyjnego sposobu uprawiania przez Moskwę polityki. Polega on z grubsza rzecz biorąc na „organizowaniu” sytuacji kryzysowej, a następnie oferowaniu pomocy lub pośrednictwa w jej uregulowaniu. Przy okazji pojawiają się propozycje wznowienia współpracy w pewnych obszarach, ważnych z rosyjskiego punktu widzenia, co ma być elementem, nie wprost formułowanym, transakcji. Zbliżający się termin wygaśnięcia polsko-rosyjskiego kontraktu na zakup rosyjskiego gazu ziemnego też może być elementem tego rodzaju podejścia. Zresztą inwencja Moskwy, ale też jej apetyty zdają się nieograniczone, co oznacza, że ewentualne ustępstwa prowadzić mogą tylko do wzrostu liczby „propozycji współpracy”.
Wojna już trwa
Tego rodzaju podejście jest elementem nowego modelu działania rosyjskich sił zbrojnych, który został określony przez Aleksandra Bartosza z rosyjskiej Akademii Nauk Wojskowych mianem strategii powstrzymywania i przymuszenia. Napisał on w ostatnim numerze „Wojennoj Mysli”, głównego organu teoretycznego rosyjskich sił zbrojnych, iż obecnie rosyjska strategia nie powinna się ograniczać wyłącznie do obrony, lecz również musi zakładać zmuszenie państwa wrogiego do zmiany jego polityki. Przy czym zaczyna się od użycia „środków niewojskowych”, a jeśli te nie pomagają, należy zwiększyć presję. Na końcu tej drabiny eskalacji, jeśli druga strona „nie daje się przymusić”, leżą tradycyjne środki wojskowe, czyli po prostu wojna na pełną skalę. Głównym zadaniem, jak napisał Bartosz, stojącym obecnie przed rosyjskimi siłami zbrojnymi, jest utrzymanie pełnej kontroli eskalacyjnej, tzn. decydowanie przez Moskwę, czy zwiększać napięcie, jeśli uznaje to za konieczne, czy też ustępować, kiedy uzna, że osiągnęła swe cele. W 2019 r. na posiedzeniu Akademii, w której wykłada Bartosz, szef rosyjskiego sztabu generalnego Walerij Gierasimow powiedział, że zdaniem rosyjskich sztabowców te niemilitarne, asymetryczne i tańsze niż użycie sił zbrojnych sposoby wygrywania wojny będą w 80 proc. przesądzać o przebiegu konfliktów przyszłości i decydować, kto jest w nich zwycięzcą.
Amerykańscy eksperci z Modern War Institute, który jest częścią akademii wojskowej West Point, analizowali, w jaki sposób tego rodzaju strategię Rosja realizuje na Ukrainie. To, co wydarzyło się w 2014 r., a chodzi w tym wypadku zarówno o aneksję Krymu, jak i eskalację wojny w Donbasie, nie powinno być, ich zdaniem, traktowane w kategoriach „odosobnionego wydarzenia”. Jest raczej przejawem już trwającego konfliktu mocarstw, który może okresowo ulegać zaostrzeniu i przeradzać się w wojnę rozumianą w sposób tradycyjny. I tu, w interpretacji amerykańskich ekspertów wojskowych, mamy do czynienia z pierwszym mitem, który jeśli ulegnie utrwaleniu, staje się groźnym złudzeniem, bo uniemożliwia prawidłową ocenę wydarzeń. Otóż ich zdaniem konflikt między mocarstwami już trwa, siły kontrolowane przez Moskwę działają poniżej progu konfliktu kinetycznego, czyli tradycyjnej wojny, prowadząc operacje informacyjne i realizując strategię nękania przeciwnika. Tego rodzaju wojna nie prowadzi do eskalacji do poziomu uderzeń nuklearnych, ale nie oznacza, że nie jest wojną. Jest, ale różnica polega na tym, że to wojna nowoczesna, prowadzona przy zastosowaniu innych metod i znacznie ograniczonymi, w porównaniu z konfliktami z przeszłości, środkami.
Rosyjskie scenariusze
Rosja postępuje według pewnego, powtarzającego się wzorca, co pozwala ocenić, czy możemy mieć do czynienia z perspektywą zaostrzenia się konfliktu do poziomu starcia wojskowego. Jako pierwszy krok uruchamiana jest prowokacyjna działalność na niewielką skalę, w sposób oczywisty naruszająca prawo międzynarodowe. Jest to zazwyczaj akcja mająca na celu zastraszenie potencjalnego przeciwnika, sprawdzenie jego reakcji i możliwości, lecz przede wszystkim zmierzająca do wymuszenia zmiany jego polityki.
Następnie – jak piszą amerykańscy wojskowi – zaciemnia się fakty, działając podstępnie i dezinformując, a nawet reinterpretuje prawo międzynarodowe, aby uzasadnić swoje pierwotne działanie
Kolejną fazą jest budowanie korzystnej dla siebie narracji informacyjnej i propagandowej, a jednocześnie wzmacnia się własną retorykę. Jest to polityka gróźb, której towarzyszy równolegle formułowanie propozycji rozwiązania konfliktu, który samemu się inicjowało. Chodzi o uzyskanie statusu podmiotu mogącego rozwiązać zaistniałą sytuację.
Celem rosyjskiej „wielkiej strategii”, jak zauważają Lionel Beehner i Liam Collins, autorzy raportu przygotowanego przez Modern War Institute, nie jest wojskowe zajęcie terenów państwa przeciwnika, lecz stworzenie sytuacji trwałego, kontrolowanego konfliktu na jego terenie. Wówczas Moskwa może zabiegać o uzyskanie statusu siły, z którą należy rozmawiać, w jaki sposób wyjść z zaistniałej sytuacji. To „zaproszenie do stołu” umożliwia jej wykorzystanie umiejętności i atutów, również dyplomatycznych, którymi dysponuje, i potwierdza jej status mocarstwa będącego w skali świata jednym z centrów siły. Pozwala też na uzyskanie szczególnego rodzaju lewara, narzędzia wpływu na państwo podlegające oddziaływaniu tego rodzaju. Ich zdaniem Rosja, realizując tego rodzaju strategię, chętnie też korzysta z sił, których nie można wprost utożsamiać z Moskwą. Mogą to być „powstańcy” z Donbasu, ludzie z Grupy Wagnera czy nawet sojusznicze państwa. W tym wypadku chodzi nie tylko o to, aby zaciemnić sytuację, spowodować, że nie wiadomo, co się dzieje, lecz również, aby Rosja mogła się przedstawiać jako bezstronny gracz, zainteresowany stabilizacją sytuacji i rozwiązaniem konfliktu, który potajemnie sama inicjowała.
W opinii amerykańskich analityków, jeśli przyjąć rosyjski pogląd na naturę nowoczesnego konfliktu, to wojna między Rosją a Zachodem już trwa, na razie starcie toczone jest na niskich szczeblach drabiny eskalacyjnej, ale nie oznacza to, że sytuacja się nie zmieni. Celem operacyjnym jest to, co generał Raymond Odierno określił kilka lat temu mianem „przyspieszenia tempa destabilizacji” przeciwnika i odebranie mu zdolności oraz chęci do udzielenia odpowiedzi na agresję. W pierwszym rzędzie tego rodzaju działanie zakłada „zaciemnienie” pola walki. Jeśli przeciwnik nie wie, co się dzieje, to nie podejmie, a z pewnością nie podejmie szybko adekwatnych decyzji. Jeśli twarda odpowiedź będzie budziła sprzeciw części opinii publicznej czy klasy politycznej, to tym bardziej zaatakowane państwo będzie zwlekać z odpowiedzią. Jeśli władze państwa, które stało się celem agresji, będą skrępowane regulacjami prawnymi, również koniecznością przeprowadzenia konsultacji sojuszniczych, zanim zaczną działać, to też tego rodzaju uzależnienie opóźni reakcję. A takie opóźnienia są zdaniem rosyjskich specjalistów wojskowych kluczem do odniesienia ostatecznego sukcesu, jako że w nowoczesnym konflikcie będzie ważna pierwsza jego faza, liczona co najwyżej w dniach, a nawet godzinach.
Redefinicji ulega też to, co określić można mianem zwycięstwa w wojnie.
Aby zrealizować to zadanie, Rosja (podobnie jak Chiny na Pacyfiku) połączy wszystkie swoje instrumenty władzy państwowej – miękkie, twarde, ekonomiczne, militarne, kulturalne i polityczne – piszą amerykańscy eksperci. – Zwycięstwo w tego typu wojnie nie polega na zajęciu terytorium ani przesunięciu linii frontu, mimo że miało to miejsce na Krymie i w Donbasie. Zwycięstwo jest mniej namacalne. Chodzi o zmianę umysłów, percepcji i narracji; pokazywanie słabości NATO i niezdolności do wsparcia podmiotów spoza NATO
W świetle tej interpretacji kryzys na granicy polsko-białoruskiej może nie skończyć się szybko albo mogą się pojawić inne, nowe ogniska napięć, chyba że zmienimy naszą politykę wobec Mińska, uznając reżim sprawujący tam władzę i współpracując z nim. Moskwa też chętnie przy okazji załatwi swoje interesy w Polsce i UE.
Jeśli w ten sposób spojrzymy na to, co dzieje się na granicach Polski, Litwy i Łotwy z Białorusią, to zmienia się znaczenie wydarzeń. Sceptycy mogą powiedzieć, powtarzając za Marią Zacharową, że to kolejna „fala polskiej rusofobii”. Być może mają rację, ale co jeśli się mylą?
Artykuł z 37/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
