Media poświęciły nieproporcjonalnie dużo uwagi spotkaniu przywódców siedmiu… No, właśnie. Przecież ani największych ani nie najsilniejszych państw świata. Spotkało się towarzystwo wzajemnej medialnej adoracji. Tak, nawet nie tyle adoracji politycznej, bo kanclerz Niemiec nie znosi prezydenta Francji z wzajemnością, prezydent USA uważa premiera Wielkiej Brytanii za pętaka, szef rządu Kanady robi medialną karierę na atakowaniu lokatora Białego Domu (a ten nie pozostaje dłużny), a z kolei lokator Pałacu Elizejskiego nie ukrywa swej abominacji wobec premier Włoch. A jednak wspólnie chcą wysłać sygnał światu: to MY rządzimy, to TU podejmuje się decyzje. Ani jedno, ani drugie. Tymczasem z owej „siódemki” realny i trwały wpływ na wydarzenia globalne ma jeden kraj: Stany Zjednoczone Ameryki. Pozostałe doprawdy NIE rządzą, a na tzw. szczytach G-7 nie podejmuje się żadnych kluczowych dla świata decyzji. „Point de reverie, messieurs” - mówiąc słowami cara Aleksandra II do polskiej delegacji równo 170 lat temu. W rzeczy samej: „żadnych złudzeń, panowie”. I panie, oczywiście też.
Co charakterystyczne, wpływy krajów, które samozwańczo określiły się jako „G-7”, zjeżdżają po równi pochyłej. Jeszcze w roku 1975, gdy powstawała G-6, wtedy jeszcze bez Kanady - państwa te znaczyły realnie sporo. Po roku, gdy doszlusował „Kraj Klonowego Liścia” - też. Minęło od tego czasu równo pół wieku i doprawdy nie radziłbym obchodzić hucznie tego jubileuszu: trzeba byłoby bowiem unaocznić, jak bardzo te państwa straciły na swoim znaczeniu poza Waszyngtonem. Konkretnie. Japonia od dawna jest dopiero nr 3 w Azji po Chinach i Indiach. Niemcy i Francja pogrążone są w stanie największego kryzysu gospodarczego od dekad, Wielka Brytania targana jest dramatycznym konfliktem społecznym i ma najsłabszego premiera od niepamiętnych lat. Włochy natomiast są gigantycznie zadłużone. Kanada natomiast - poza widokowym sprzeciwem wobec nierealnego pomysłu prezydenta Trumpa, aby została kolejnym stanem USA - jest w polityce międzynarodowej echem USA. Nawet jeśli się z czymś nie zgadza to i tak w końcu się zgadza. Tak było choćby ze stacjonowaniem kanadyjskich wojsk na Łotwie: Ottawa protestowała, aby w końcu objąć misję.
G-7 niknie w oczach. Im jest słabsza tym bardziej pokazuje bicepsy. Żenada w rzeczy samej.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/762998-po-co-komu-g-7-zenada-w-rzeczy-samej
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.