We czwartek na ekranach stacji TV świata – od BBC, poprzez China News do Al–Jazeery – pojawił się beaking news. Aresztowano Andrew Mountbattena-Windsora, znanego do niedawna jako książę Andrzej. W historii Wielkiej Brytanii – przynajmniej od 300 lat - przypadek bez precedensu! Ciąg zdarzeń był następujący: rano premier Keir Starmer obwieścił w BBC, że nikt nie będzie stał ponad prawem. Wszystkie brytyjskie gazety, od poważnych nationals jak Times czy Guardian do tabloidów typu Daily Mail, wrzuciły ten temat na „jedynkę”, czyli dostały tip wcześniej, podczas gdy już wiadomo, że król nie został o planach aresztowania brata poinformowany. Były książę Andrzej został oskarżony o nadużycie władzy w związku z pełnieniem funkcji publicznej, kiedy od 2001 do 2011 roku był przedstawicielem Wielkiej Brytanii ds. handlu i przemierzał świat wzdłuż i wszerz, robiąc interesy w imieniu swego kraju. Więc można przypuszczać, że był dobrze poinformowany, także w segmencie informacji zastrzeżonych, tajnych, ściśle tajnych i poufnych. Okazuje się, że przekazywał dane wrażliwe Jeffreyowi Epsteinowi, który korzystał z nich w swoich spekulacjach finansowych, a także, wcale nie za darmo, przekazywał innym finansistom. Plus oczywiście uczestnictwo w skandalu obyczajowym, o którym media trąbią przynajmniej od 2019 roku, domniemanego samobójstwa Epsteina, i który rozgrzewa do czerwoności wyobraźnię „globalnej wioski”.
Przez tych ostatnich kilka lat, bez względu na orientację programową Downing Street, książę Andrzej był osobą, która skupiała na sobie ciekawość mediów. Nie labourzystowska gwiazda Peter Mandelson, któremu dziś stawia się podobne zarzuty, ale członek rodziny królewskiej książę Andrzej. Potępienie społeczne i presja na wszczęcie śledztwa spotęgowało się po samobójczej śmierci jednej z ofiar zalotów Andrew, Virginii Giuffre. A zupełnie pogrążył go wywiad z jedną z cyngielek BBC, Emily Maitlis, gdzie niemądrze się tłumaczył, kłamał i mataczył. Oglądałam ten wywiad, butny, arogancki, gość programu kompletnie nie zdawał sobie sprawy z powagi swojej sytuacji. I już wtedy akcja nabierała tempa. Podczas gdy amerykańscy kongresmeni coraz mocniej naciskali departament sprawiedliwości o ujawnienie „Epstein files”, księciu Andrzejowi odebrano wszystkie tytuły królewskie, przede wszystkim Jego Królewska Wysokość, jego część Sovereign Grant, który otrzymywał w związku z wykonywaniem swoich oficjalnych obowiązków. Potem pozbawiono go dystynkcji wojskowych – choć podczas wojny o Falklandy w 1982 roku spisywał się bardzo dzielnie – a dwa tygodnie temu przeprowadzono go ze wspaniałej rezydencji Royal Lodge na terenach zamku Windsor, do znacznie skromniejszej na Sandringham Estate, w hrabstwie Norfolk. To właśnie w Sandringham Mountbatten-Windsor został aresztowany, po potwierdzeniu personaliów wypuszczony na wolność, a te dwie rezydencje są wciąż przeszukiwane.
Wszystko to oznacza, że szykuje się proces, i wiadomo już w którą stronę zmierza. Buckingham Palace czyli król Karol III tydzień temu wydał oświadczenie, że rodzina królewska „zdaje sobie sprawę z powagi zarzutów i będzie wspierała prawo”, odcinając się od skandalu i próbując ratować reputację monarchii. A kilka dni temu kolejne, w tym samym tonie. Elżbieta II, bardzo ostrożna i powściągliwa, pewnie zwlekałaby jeszcze jakiś czas, ale król Karol, który przez wiele lat małżeństwa z Dianą - najlepszą bronią w rękach antymonarchistów - był na muszce lewicowych republikańskich mediów, nie zaryzykuje ani dnia. Zresztą słusznie, bo tu nie ma czego bronić. Były książę od lat znany był jako zabawowy celebryta i playboy, choć z głową do interesów, bo nawet po odebraniu mu pieniędzy państwowych jest zamożnym człowiekiem z wieloma kontaktami ze światowym jet-setem finansowym.
Tyle, że te 3 miliony dokumentów „Epstein files” plus 180 tysięcy zdjęć, ujawnione miesiąc temu przez departament sprawiedliwości USA, to przede wszystkim akt oskarżenia przeciw demoralizacji, bezkarności i arogancji światowych elit. Proces demaskacji zapoczątkowała chyba akcja „me too” podczas procesu hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, a zaraz potem gwiazdy filmowej Kevina Spacey, który wtedy wypadł z łask stolicy kina. Tyle, że sprawa Jeffreya Epsteina jest wciąż pełna zagadek i powoli ujawnia kolejne ciemne karty. Zaczęło się od afery obyczajowej, potem machlojki bankowe, przekręty podatkowe – nie bez powodu główną siedzibą spotkań były Wyspy Dziewicze – szantaże, wreszcie agentura. Nie wywiadu, lecz wywiadów – w grę wchodzi prawdopodobnie Mosad, CIA i brytyjski wywiad MI6. Być może z jakimś wpływem na wahania giełdy, na wartość dolara, wreszcie siatka wywiadowcza. Tak czy inaczej, brytyjski rząd, monarcha, media i obywatele powtarzają za sprawiedliwymi – nikt nie będzie stał ponad prawem. I to jest dobrze. Potwierdzenie teorii, że ponad programami partyjnymi istnieje sfera wartości, które winny łączyć wszystkich: interes państwa, uczciwość osób publicznych, równość wobec prawa.
Ale jest pewien szczegół, który nie daje mi spokoju. Lord Mandelson, gwiazda Partii Pracy, autor programu New Labour Part, którym premier Tony Blair od roku 1997 trzykrotnie wygrywał wybory parlamentarne. Wciąż wpływowy, ciągle w centrum zdarzeń, choć od dekad uchodzi za postać kontrowersyjną. Dwa razy znalazł się za burtą partyjną. Raz, kiedy kupił dom za pożyczkę od milionera Goeffreya Robinsona i nie zgłosił tego w urzędzie podatkowym, a drugi raz, kiedy przyspieszył otrzymanie brytyjskiego obywatelstwa hinduskiemu milionerowi Srichandzie Hinduji za wpłacenie, bagatela, miliona funtów na projekt Millennium Dome, którym wtedy zarządzał. Zdeklarowany gay, znany w brytyjskiej przestrzeni publicznej jako entuzjasta „młodych brazylijskich kelnerów”, i według magazynu „Pink News” na szczycie 50. najbardziej znaczących gejów i biseksów w Wielkiej Brytanii. Jednak mimo kontrowersji świeżo upieczony wtedy premier Keir Starmer mianował go na odpowiedzialne stanowisko ambasadora Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie – którego rok temu musiał swego przyjaciela pozbawić. Tydzień temu oglądałam obrady w Izbie Gmin, gdzie cały dzień poświęcono aferze Epsteina i jego brytyjskim przyjaciołom, i zażądano pozbawienia Mandelsona tytułu lorda, oraz przymierzano się do postawienia votum nieufności premierowi – za „pomyłkę w decyzji”, który to zarzut jest w brytyjskiej polityce bardzo poważny. I co? Na razie nic. Keir Starmer nadal rządzi twardą ręką z Downing Street, Peter Mandelson, z podobnymi zarzutami co książę Andrzej, „nadużywanie władzy w związku z pełnieniem funkcji publicznej” wciąż zasiada w Izbie Lordów, podczas gdy osoba prywatna Andrew Mountbatten-Windsor właśnie został aresztowany i pewnie jest to początek procesu, który zaprowadzi go za kratki.
W Wielkiej Brytanii panuje jeszcze po-brexitowy bałagan, ale – jak się tam często powtarza – „parlament, to miejsce, gdzie stanowi się prawo, więc sam musi przestrzegać prawa”. I przestrzega, patrz: losy księcia Andrzeja, patrz: całodniowa debata, aby pozbawić tytułu Petera Mandelsona czy doprowadzić do dymisji Keira Starmera, który dopuścił do tego skandalu. Widać, że państwo w dziedzinie egzekwowania prawa próbuje być sprawne i skuteczne. Jednak wolałabym, aby labourzyści, a tym samym antymonarchiści, traktowali swego kolegę partyjnego lorda Mandelsona dokładnie jak księcia Andrzeja. A nie dawniej jak wczoraj, widziałam go wychodzącego spokojnie z siedziby brytyjskich premierów Downing Street 10. Czyżby w Wielkiej Brytanii także słyszano o „doktrynie Neumanna”?
Tyle, że afera ma charakter rozwojowy i zapewne wiele się jeszcze zdarzy. No i nikt nie wie, jaki skandal Andrew – gate będzie miał wpływ na monarchię. Już słyszy się o konieczności pozbawienia byłego księcia jego ósmego miejsca w linii do tronu, co jest logiczne. Jednak sama słyszałam jak gwiazda BBC, David Dimbleby, nawoływał do odebrania Rodzinie Królewskiej subwencji państwowych – co jest pierwszym krokiem do likwidacji monarchii.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/753888-czy-w-wielkiej-brytanii-istnieje-doktryna-neumanna
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.