Lewica hiszpańska wygrywa wreszcie, jak się zdaje, wojnę domową z 1936 roku. Od tamtych heroicznych lat pełnych legend zachodniej lewicy i wojennego zaciągu europejskich intelektualistów na fronty hiszpańskie, do okopów wojennych, gdzie nie walczono już na słowa, walczono nie na żarty.
Pamiętamy, że na tamtą rewolucyjną frazeologię, hasła „Partia o muerte!”, pieśni w rodzaju „Asturio mych młodych lat, Asturio, ziemio jedyna!”, za którymi szły zbrojne sowieckie posiłki, dali się skusić tacy ludzie jak późniejsi antykomuniści - Orwell czy Koestler lub kultowy w swym czasie pisarz Ernest Hemingway. Przez lata walczyła hiszpańska lewica z cieniem generała Franco i chyba z resztkami monarchii. I do dzisiaj właściwie Hiszpanie „przepracowują” swą przeszłość, ale nie przepracowali jej tak skutecznie jak np. przodujący w tej dziedzinie w Europie Niemcy, którzy zamknęli swą zbrodniczą przeszłość i doszli do tego, że nazizm to międzynarodówka, od której wyzwoliła ich Armia Czerwona. Hiszpania dotąd walczy i chyba nie wyzwoliła się jeszcze z rąk faszystów, Nie wyzwoliła jej Armia Czerwona jak nas w 1945 roku, choć przecież w 1936 roku to pierwszy młody Związek Sowieckich Republik Rad pośpieszył ze zbrojną pomocą młodej republice hiszpańskiej (trzeba tu odnotować także polską pomoc „polskich Hiszpanów” z KPP z generałem ‘Walterem’ Świerczewskim na czele). Teraz jednak powstaje nowa sytuacja, która pozwoli ostatecznie przepędzić winnych wszystkiemu faszystów.
„Ale w Grenadzie zaraza”
Wszystko to przypominam z powodu jednej pięknej sceny, której bohaterką była hiszpańska posłanka Montero Gil z lewicowej partii Podemos; działo się to bodaj w Saragossie (pamiętnej choćby z fantastycznej powieści Jana Potockiego). Na swoim publicznym wiecu młoda Hiszpanka wypaliła wprost o co chodzi z tą imigracją, która stała się plagą Europy (choć to już tzw. tajemnica poliszynela). Nie chodzi o żadne względy humanitarne. Ogłaszając triumfalnie, że udało się przepchnąć prawa obywatelskie, a za tym i wyborcze dla najeżdżających Hiszpanię imigrantów, wyraziła przekonanie, że będą oni głosować właśnie na nich, na lewicę, której zwycięstwo ma usunąć z życia publicznego tamtejszych faszystów, jak się wyraziła, mając zapewne na myśli innych niż ona obywateli hiszpańskich. Ogłosiła to z taką radością, ciesząc się całą sobą, skacząc po scenie i podrygując jak na koncercie rockowym lub kibicując na tradycyjnej corridzie, że wglądało to rzeczywiście było ostateczne zwycięstwo w nieustającej hiszpańskiej wojnie domowej.
Przypowieść z wojny hiszpańsko-hiszpańskiej
Przeglądając ostatni numer zasłużonego pisma „Arcana”, znalazłem ciekawe, polskie świadectwo z tej wojny w Hiszpanii. Jest to krótka relacja polskiego karmelity o. Bernarda Smyraka, który studiował w Hiszpanii, był tłumaczem pism św. Jana od Krzyża i widział wydarzenia wojenne 1936 roku z bliska. Tak oceniał tę rewolucję: „Nie idzie tu o reformy społeczne, o poprawę doli ludu, ale o całkowity przewrót, o zwalczenie Boga i katolicyzmu. By to osiągnąć, czerwoni nie cofnęli się przed niczym. (…) Najwymowniejszym dowodem na to, że zupełne zniszczenie świątyń i zgładzenie całkowite kapłanów było z góry postanowione, jest przerażająca cyfra ofiar. Możemy liczbę kościołów zniszczonych albo całkowicie spustoszonych określić na około 20 tysięcy. Liczba zamordowanych kapłanów w diecezjach spustoszonych średnio 40 na 100, w niektórych nawet 80 na stu. Polowano na nich z psami, ścigano przez góry, tropiono zawzięcie, gdzie mogli się ukryć. Mordowano ich bez procesu, często natychmiast, dlatego tylko, że byli kapłanami”. Zasłużony duchowny (później uczestnik Powstania Warszawskiego, założyciel klasztoru w Zawoi) ledwo umknął z płonącej Hiszpanii. Dostał się w ręce republikanów, którzy przeznaczyli go na śmierć, ale wpadli na wymyślny sposób jej zadania. Wsadzili go do łodzi bez wioseł i wypuścili na morze, szydząc, żeby ratował się modlitwami do tych, którym uwierzył. Ojciec Bernard rzeczywiście uratował się, nie zaniedbując modlitw. Wiatr odwrócił się i przygnał łódź do brzegu.
Nowa lewica w miejsce starej
Każda tzw. lewica, poczynając od rewolucji francuskiej, odznacza się zadziwiającą naiwnością, która staje się z czasem naiwnością zbrodniczą, gdy zabiera się do naprawiania świata, w rezultacie przy użyciu siły, represji, przemocy, w rewolucjach większej niż ta, którą zwalczała. W warunkach demokracji, gdy trudno jawnie używać środków rewolucyjnej przemocy, kamufluje się, ‘etapuje’ swe cele, (‘etapy’ to właśnie frazeologia z ustrojów sowieckich w drodze do pełnego komunizmu) i posługuje ideowym, czy raczej ideologicznym oszustwem, ową podmianą wszystkiego dotychczasowego na coś przeciwnego. Walczymy, powiadają, zawsze o jakieś dobro, choćby to wymagało nieobliczalnych, nieznanych kosztów i konsekwencji niszczenia już jakiegoś dobra, porządku, zbudowanej struktury społecznej. Nie oglądamy się koszty i skutki w ślepym marszu naprzód, w istocie do władzy przecież, a nie czego innego, zawsze władzy dla dobra ludzi.
Naiwność obecnej lewicy hiszpańskiej polega na tym, że ona wierzą, że tamtejsi imigranci, chyba raczej islamscy, będą popierać lewicę, a nie islam, prawo szariatu, państwo islamskie, religię, która wyklucza inne, życie arabskie silne obyczajowo, nie integrujące się ze społeczeństwami europejskimi. Chyba widzą, co się stało w Europie i czym Europa będzie w przyszłości przy rosnącej populacji arabskiej, a dekadencji i depopulacji, przy słabnącej demografii europejskiej. Ale zapewne o to właśnie chodzi, o podmianę Europy w coś innego, ale w co, nie wiadomo; żeby było jakoś dobrze, szczęśliwie i bez dyskryminacji, Ale to właśnie czysta demagogia, populizm, który zarzuca się stronie przeciwnej, by zdobywać poparcie i władzę, nic konstruktywnego, demontaż, destrukcja w rezultacie. Nie wiadomo więc nawet, czy brać ideologię lewicową poważnie, skoro chodzi tylko o zdobycie władzy, a po drodze może być chaos, zniszczenie, odrzucenie tego co już osiągnięto. Bo ta ideologia nie jest nawet konstruktywna, nie chce opierać się na jakichś fundamentach, lecz budować niejako od góry, od dachu, od niewiadomej przyszłości, której teraz niema. Choć od razu zabezpiecza się sankcjami prawnymi i prewencyjną cenzurą.
Europa, właściwie UE w podczerwieni
Oczywiście jasno widać, że dla hiszpańskiej lewicy imigranci są traktowani instrumentalnie, mają posłużyć do usunięcia mitycznych faszystów, którzy śnią się w skołowanej Hiszpanii od 1936 roku, czyli wszystkich, którzy poczuwają się do jakiejś narodowości, ale także do naruszenia czy wręcz usunięcia tradycji europejskiej z Hiszpanii, wiary katolickiej i instytucji Kościoła. No cóż, Hiszpanią rządzili już kiedyś Saraceni, a pochód arabski na Europę zatrzymali niegdyś przodkowie Karola Wielkiego w Pirenejach. Dziś nie ma Karola Wielkiego i Francja jest półislamska, podobnie jak niektóre, mniejsze kraje Europy. Lewica taka jak hiszpańska może być w rezultacie pożytecznym idiotą dla nowego ruchu islamskiego, jak była takową dla ruchu bolszewicko-sowieckiego w 1936 roku. Nie na darmo mówiło się o Europie od Władywostoku do Lizbony. Nawet dziś na zachodnim krańcu Europy nie bardzo interesują się obecną wojną na Ukrainie, bo to daleko, a przecież ślad sowiecki od 1936 roku na tym krańcu Europy pozostał. Hiszpanie, Francuzi, Włosi mają słabość do komunizmu, bo znają go tylko teoretycznie jako szczytną ideologię, nigdy sowieckiej realizacji komunizmu nie doznali. Może dlatego w UE myśli się, że można ten komunizm poprawić, wprowadzać go na nowo, etapami, podmianą, nowymi manipulacjami w miejsce starych. Nie od rzeczy przecież hasło włoskiego komunisty Spinellego, które widniej na głównym budynku UE w Brukseli, głosi, że nie będzie wspólnej Europy bez likwidacji państw narodowych. Walka z mitycznym faszyzmem, nawet jeśli to będzie zwykła narodowość, jest więc w programie wprowadzanej siłą, podstępem prawniczym i sankcjami finansowymi Europy nie ojców założycieli UE, lecz postmarksizmu w rodzaju Gramsciego czy Spinellego. Czy nie wielka podmiana?
Z obecną ‘nowoczesną’ lewicą zachodnią jest jeszcze inny, większy kłopot. Posiada ona przecież cały wywrotowy ideologiczny pakiet haseł i szczytnych idei, który po poprzednich rewolucyjnych celach wygląda dość niezrozumiale, by nie powiedzieć podejrzanie czy wręcz obłędnie. Nie ma dawnego paliwa rewolucyjnego, klasy robotniczej (chłopi jako ‘glebae adscripti’ są raczej konserwatywni, niepodatni na hasła rewolucyjne, dlatego w UE będą eliminowani, by nie powiedzieć dyskryminowani), trzeba wymyśleć nowych ‘nosicieli’, kobiety (stąd feminizm), mniejszości seksualne (Gender+LGBT), wszyscy rzekomo dyskryminowani, właśnie imigranci, których ‘wilkomen’ i właśnie po to sprowadzimy jako nową masę wyborczą, nie z żadnych wyższych powodów, jak się głosi. Obecna polityka i w ogóle komunikacja społeczna opiera się przecież już jawnie w dużym stopniu na oszustwie, manipulacji, pustych obietnicach, propagandzie ideologicznej i tym bardziej jest to w agendzie, jak się ładnie mówi, lewicowej, która ma program walki o lepszy świat (koniecznie cały), postęp i przyszłość w ogóle.
Wielka podmiana natury
Pakiet lewicowy zawiera przecież ogólny program podmiany świata na jakiś inny, ale jest w szczegółach bardzo konkretny. W obronie całej natury i Planety jest polityka klimatyczna, bardzo kosztowna i eliminująca co biedniejszych (czy to w ramach hasła ‘mieszkanie prawem nie towarem’?). W polityce równości, niedyskryminacji i niewykluczania mamy cały pakiet rewolucji obyczajowej i seksualnej. Dla mniejszości seksualnych mamy nie tylko prawa, których nie są przecież pozbawieni, ale i przywileje. Związki homoseksualne i inne mają być zrównane z małżeństwem i rodziną, a więc mają mieć zapewnioną adopcję dzieci. W obronie kobiet, prócz równej z mężczyznami pracy i parytetów (jakby praca w domu dla rodziny nie była pracą i to bardziej odpowiedzialną niż inne), promocja swobodnej aborcji, jako prawa kobiety, ma jej ułatwić sytuację życiową i stałą pracę. Trudno nie zauważyć, że cały ten pakiet liberalno-lewicowy, uchodzący za nowoczesny, postępowy i prospektywny, jest już w swych skutkach, które widać po kilkudziesięciu latach, przeciwny temu co zakładał i głosił. Jest przeciwny naturze, przeciwny naturze samego człowieka. Rewolucja kulturowa, obyczajowa, seksualna nie zatrzymuje się, w tej chwili doszła do absurdu w transseksualizacji zwłaszcza nieletnich z niewiadomymi skutkami i stratami i prowadzi do aberracji w obrębie właśnie natury ludzkiej. Nie ma dwóch płci, nie ma mężczyzny i kobiety, którzy mają, o ile mi wiadomo swoje kody genetyczne (podobnie jak dziecko w łonie matki), lecz jest fantastyczna feeria stanów pośrednich, o jakich Panu Bogu i żadnej naturze się nie śniło. Byłaby to tylko jakaś działalność w rodzaju twórczości artystycznej, gdyby nie sankcjonowano tego faktycznie, prawem i cenzurą. A to jest już niszczenie fizyczne i psychiczne człowieka. Nie wspominam już o reszcie całej cenzurze i produkcji nowych praw, podmianie języka, by osłonić ten absurdalny bieg obłędnej ideologii i idącej, niestety, za nią praktyki.
Contra naturam?
Mamy tu więc wielką podmianę obrony natury i rozwoju człowieka na destrukcję tejże natury i samego człowieka, podmianę wielu szczytnych idei i wartości na pragmatykę polityczną i ideologiczną nieustannego zaparcia postępowego. Nic nie może trwać i rozwijać się w sposób naturalny tylko musi być nieustannie kwestionowane, burzone, by wprowadzać stale coś nowego (stąd ten nieznośny przymus stałego przekraczania granic, jak się powiada w panującym porzekadle), ale nie wiadomo czy lepszego; podmiana języka komunikacji w propagandę, pustosłowie, wreszcie w całkowity fałsz, bo przy takim przewrotnym użyciu języka traci on swe znaczenie, wiarygodność, porozumiewanie się ludzi już potoczne, swoja moc sprawczą. Taki oto przekaz lewicowo-liberalny, przynoszący rozmaite zaburzenia i kompletnie zbędne zmiany bywa wprowadzany mocą władzy, stanowionych praw i ich egzekucji. Czy to nie przemoc, wykluczenie totalne, nowe represje w miejsce starych, odbieranie wolności w imię wolności przez tych, którzy głoszą naprawę świata i obronę człowieka, wyzwolenie go od wydarzającego się zła. Podmiana zła w dobro, czy przeciwnie, głoszonego dobra w jego dziwne przeciwieństwa.
Hipokryzja to za mało
Ostatnio przejęli się sprawą pedofilii, tej amerykańskiej sprzed lat. Ma u nas powstać komisja, która sprawę zbada i rozliczy. Pewnie ma ona tło polityczne, antyamerykańskie. Byłoby to nawet zabawne, jak to w całej naszej coraz bardziej farsowej polityce, gdyby nie było smutne. Bo nie chodzi o żadne dzieci czy nieletnich. Akurat u nas dopiero teraz forsuje się te lewicowe ustawki i standardy naśladowane poniewczasie po Zachodzie. Tak, kamuflowany nowomową ‘status osoby najbliższej’ czyli ‘związki partnerskie’, czytaj ‘homoseksualne’, podejrzana edukacja zdrowotna w szkołach, którą wciska się na siłę, po cichu przemycane standardy WHO już od przedszkola. To też wielka moralna podmiana. Niby to wszystko walka o dobro dziecka. Czy rzeczywiście?
No, bo jak właściwie rozwinęła pedofilia w niepokojące, powszechniejsze, nie tylko jednostkowo kryminalne zjawisko. Przecież dziś wiadomo, że takim jej źródłem była rewolucja obyczajowa na Zachodzie w latach 60., głównie w Ameryce, propagująca całkowitą swobodę seksualną, wszelkiego rodzaju „związki partnerskie”, komuny i sekty seksualne, a w dalszej konsekwencji propagowanie homoseksualizmu, siłą rzeczy kontestacja związków małżeńskich, rodziny i naturalnego wychowania potomstwa. ‘Postęp’ seksualny, coraz większe seksualne wyzwolenie, nie ustawało, choć wikłało się w coraz większe sprzeczności aż do walki z naturą włącznie. Feminizm propagujący swobodną aborcję, tolerował też prostytucję i pornografię, a więc wcale nie bronił godności kobiet; zjednoczone lobby, przemysł medyczny i farmaceutyczny na rzecz antykoncepcji i aborcji, eutanazji i in vitro, ruchy forsujące pakiet LGBT, biologiczną fanaberię o wymienności i dowolności płci. Jednym słowem z popłuczyn ideologii marksistowskiej i freudowskiej rewolucja 68. przeszła do całkiem realnej i dominującej obecnie wszechstronnej praktyki seksualnej. Nie byt już, lecz seks ma kształtować świadomość!
Na początku lat 70. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, opierając się na rzekomych badaniach Kinseya, teoriach psychologicznych postfreudysty Reicha i wielu psychologach tej szkoły (później całkowicie skompromitowanych) usunęła homoseksualizm z listy zboczeń seksualnych. Później zamierzała to zrobić z pedofilią, uzasadniając, że to jeden z przejawów „bogactwa życia seksualnego człowieka”. Dopiero protesty psychiatrów zatrzymały to szaleństwo. Ale do dziś jest w zachodniej Europie wiele organizacji domagających się legalizacji pedofilii. Trzeba więc przypomnieć choć jeden przykład guru liberalnej lewicy Daniela Cohn-Bendita, zasiadającego w Parlamencie UE, który sam przyznawał się do pedofilii, opisując w swych wspomnieniach, jak podczas swej pracy w przedszkolu w latach 70. nie tylko molestował małe dziewczynki, ale i sam był przez nie molestowany. Nikt go wtedy nie piętnował za to, nie oskarżał, nie ścigał. Pedofilia była tolerowana jako pewne zachowanie w ramach swobody seksualnej, dopuszczalna również w ramach ‘edukacji seksualnej’ dzieci.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/752639-wielka-podmiana-czyli-nowe-klamstwa-w-miejsce-starych
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.