Niemiecka prasa już na ponad rok przed wyborami parlamentarnymi w Polsce i Francji rozpoczęła straszenie dojściem w tych krajach prawicy do władzy. „UE jako sojusz liberalnych państw zginie, jeśli w 2027 r. we Francji i Polsce wygra prawica” – bije na alarm „Sueddeutsche Zeitung”. Josef Kelnberger, autor felietonu w niemieckiej gazecie przekonuje, że na uratowanie Unii zostały niespełna dwa lata. Jakby nie dosyć jeszcze było liberalnych lęków, to są jeszcze… oni. „Czterej jeźdźcy apokalipsy sieją obecnie strach i przerażenie w Niemczech. Zwiastują oni wzrost ekstremizmu prawicowego, upadek gospodarczy, trzecią wojnę światową, katastrofę klimatyczną. Każdy z nich ma twarz Donalda Trumpa”. Rzeczywiście, to „straszne””, że w demokracjach europejskich istnieją inne opcje polityczne niż liberalna czy lewicowo-liberalna i obywatele wybierają władzę, jaką chcą.
Przed laty zdarzało się, że rodzice straszyli swoje dzieci: „Jeśli nie będziesz grzeczny, to przyjdzie pan i cię zabierze”. Dzisiaj w Europie, choć tego rodzaju metody wychowawcze do polecanych nie należą, rolę takiego rodzica pełnią unijne instytucje lub czołowe kraje UE (zwłaszcza Niemcy), ich media i ich myśliciele i intelektualiści. Rolę dziecka natomiast – kraje członkowskie i ich obywatele. Panem, który zabierze takie niegrzeczne dziecko był jeszcze do niedawna Putin (co brzmiałoby prawdziwie i bardzo rozsądnie, gdyby nie fakt, że europejscy liderzy przez lata robili z nim intratne biznesy), ale teraz wypiera go prezydent USA Donald Trump.
Nie czterech, ale nawet pięciu jeźdźców apokalipsy
Takie skojarzenie samo nasuwa się przy lekturze felietonu Josefa Kelnbergera z dzisiejszego wydania „Sueddeutsche Zeitung” (SZ). I wychodzi na to, że Niemcy to chyba wciąż grzeczne dzieci, które boją się, że zabierze je nawet nie jeden „pan”, ale czterech. Jeźdźców Apokalipsy – a każdy z twarzą Trumpa. Przed byciem „niegrzecznymi” należy natomiast przestrzec Polaków i Francuzów, którzy mogą w 2027 r. pójść do urn i wybrać rządy, które nie spodobają się Kelnbergerowi, a możliwe, że również Brukseli.
Czterej jeźdźcy apokalipsy sieją obecnie strach i przerażenie w Niemczech. Zwiastują oni wzrost ekstremizmu prawicowego, upadek gospodarczy, trzecią wojnę światową, katastrofę klimatyczną. Każdy z nich ma twarz Donalda Trumpa
– grzmi autor felietonu w „SZ”.
Ale jest też niezauważany i nietraktowany poważnie piąty jeździec: „upadek Unii Europejskiej już w przyszłym roku”, który, oczywiście, również ma „twarz Trumpa”.
UE jako sojusz liberalnych państw demokratycznych umrze, jeśli w wyborach we Francji i Polsce w 2027 roku wygra prawica
– pisze Josef Kelnberger.
„Liberalna demokracja” w Polsce trzyma księży w aresztach wydobywczych, gdzie traktowani są niehumanitarnie (potwierdza to Rzecznik Praw Obywatelskich) za to tylko, że za dotację z Funduszu Sprawiedliwości budowali miejsce schronienia dla poszkodowanych wskutek przemocy domowej. „Liberalna demokracja” w Polsce zakuwa kobiety w kajdanki zespolone lub izoluje je od autystycznego dziecka tylko po to, aby wymusić zeznania obciążające byłego premiera czy byłych ministrów. „Liberalna demokracja” staje na uszach, aby odebrać finansowanie największej partii opozycyjnej akurat w roku wyborów prezydenckich i ze wszystkich sił wymusza to na instytucjach państwowych. „Liberalna demokracja” w Polsce wpada z łysymi „karkami” do mediów publicznych w Polsce, rozpędza dziennikarzy i wyłącza sygnał, wymienia rozpędzonych na „swoich”, a następnie przez dwa lata likwiduje te media, jednocześnie cały czas dosypując im państwowych pieniędzy. W podobny sposób „liberalna demokracja” przejmuje w Polsce prokuraturę (miało to miejsce równo dwa lata temu), gdzie prokuratora krajowego odsuwa się od obowiązków, choć nie ma zgody prezydenta na zmianę na tym stanowisku. Mimo to „liberalna demokracja” instaluje w PK swojego człowieka, który chodzi i opowiada w przejętych mediach publicznych, że tak, jest prokuratorem krajowym, bo ma „dekret Prezesa Rady Ministrów”. W „liberalnej demokracji” osobie, której stawia się zarzuty, każe się udowodnić swoją niewinność, gdy jest zupełnie odwrotnie – to wymiar sprawiedliwości ma udowodnić tej osobie winę, a dopóki to się nie stanie – jest ona niewinna. Mało tego, w „liberalnej demokracji” to premier, ministrowie czy posłowie koalicji rządzącej wskazują, kto z polityków opozycji „będzie siedział”, a kto zostanie lub nie zostanie „przywieziony w bagażniku”. A to zaledwie kilka przykładów! Może więc dobrze, że w UE funkcjonują także demokracje „nieliberalne”, a raczej bezprzymiotnikowe.
Co przeraża Brukselę?
Felietonista ocenia, że upadek UE powraca w rozmowach wpływowych osób w Brukseli obawiający się o projekt „zapewniający Europie pokój i dobrobyt” przez wiele lat.
Z perspektywy Brukseli najbardziej przerażające jest to, że nigdzie w Europie nikt nie wydaje się poważnie martwić o UE. A przecież są powody do paniki. Tylko dzięki sprawnie funkcjonującej UE można bronić liberalnego europejskiego modelu życia
– przekonuje Kelnberger
„Paniki”? Ale panika to swego rodzaju stan chorobowy, nieracjonalny lęk, a nie „twórczy” stres w obliczu zagrożenia czy motywujący do działania. Mało tego, panika w sytuacji zagrożenia często jest przecież niebezpieczna. Nie jest to więc dobre określenie, choć adekwatne do postawy czy to Kelnbergera, czy to polityków koalicji 13 grudnia w Polsce, od 10 lat krzyczących o „polexicie”.
Węgry pod rządami Viktora Orbana już dawno odeszły od podstawowego konsensusu UE w zakresie zasad państwa prawa, ochrony klimatu i w miarę humanitarnej polityki migracyjnej. Słowacja wydaje się podążać podobną drogą. Jeśli jako miarę potraktować wsparcie dla Ukrainy, to Czechy również już się odłączyły. Włoszka Giorgia Meloni nadal pozostaje w konserwatywnym mainstreamie, ale to się prawdopodobnie zmieni, jeśli we Francji rządzić będzie Jordan Bardella zamiast Emmanuela Macrona, a w Polsce epigon Kaczyńskiego zamiast Donalda Tuska
– czytamy w „SZ”.
Autor felietonu prognozuje, że w takiej sytuacji UE „przechyliłaby się w prawo”, w dłuższej perspektywie czyniąc Europę „zbiorem państw kierowanych głównie przez prawicowe siły nacjonalistyczne, bez wspólnego projektu wykraczającego poza wspólną przestrzeń gospodarczą”.
A co obecnie jest tym „wspólnym projektem”? Coraz to nowe ideologiczne szaleństwa? Pożeranie kolejnych kompetencji państw członkowskich, choć w traktatach nie zrzekły się ich?
Jak przestrzega felietonista, pozostały niespełna dwa lata, „aby przekonać obywateli, że UE funkcjonuje”.
Idealne i realne
Josef Kelnberger, rzecz jasna, cieszy się z przyjęcia umowy UE-Mercosur, ale również postuluje przyjęcie wspólnej polityki obronnej.
Idealnie byłoby, gdyby do 2027 r. położono już podwaliny pod europejską armię, która byłaby ostatecznym spoiwem sojuszu. Ale czy ktokolwiek może sobie wyobrazić, że da się to wytłumaczyć: europejscy żołnierze, którzy mogą być wysyłani do walki przez ‚Brukselę’?
– zastanawia się felietonista, wyrażając ubolewanie, że mieszkańcom Europy brakuje świadomości, że za politykę UE odpowiadają rządy krajów członkowskich, a nie bezosobowa „Bruksela”.
I to właśnie dlatego „bezosobowa Bruksela” wyciąga ręce po kolejne kompetencje rządów państw UE, próbuje ingerować w kolejne dziedziny funkcjonowania państwa – od wymiaru sprawiedliwości, przez wybór środka transportu czy edukację, aż po… model małżeństwa i rodziny.
Kelnberger przekonuje, że „największym błędem konstrukcyjnym UE” okazuje się powierzenie własnego bezpieczeństwa wielkiemu bratu, Stanom Zjednoczonym, zamiast własnej armii.
W idealnym świecie odbywałyby się teraz masowe demonstracje na rzecz wspólnej polityki europejskiej. W rzeczywistym świecie bardziej prawdopodobne jest, że wielka idea, która przez 80 lat zapewniała kontynentowi pokój, wolność, demokrację i dobrobyt, zginie z powodu braku zainteresowania obywateli
– podsumowuje.
A może należałoby szukać pomiędzy „idealnym światem”, czyli narzuceniem wszystkim krajom (z różną historią, kulturą, różnymi gospodarkami, różnymi rządami, różniącym się systemem prawa, poziomem zamożności i stopniem rozwoju i setkami tysięcy innych różnic, jak chociażby to, że niektóre kraje spędziły kilkadziesiąt lat pod butem komunistów, a inne nie), jednej polityki, jednej wizji, i „rzeczywistym światem”, czyli rozpadowi Unii? Bo przecież w „idealnym świecie” według Kelnbergera można by np. narzucić wszystkim obywatelom tego kraju poparcie dla tej samej partii czy jedną religię, a później za każdym razem iść o krok dalej i zażyczyć sobie, aby wszyscy mieszkańcy kraju nosili tę samą fryzurę lub identyczne ubrania. Czy naprawdę chcemy coś takiego zrobić z UE? I czy to naprawdę miałoby ją „uratować”?
DW.com/oprac. Joanna Jaszczuk
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/750515-niemiecki-dziennik-mamy-niecale-dwa-lata-na-uratowanie-ue
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.