Od ubiegłej soboty nic ze starego porządku politycznego, wprowadzonego w latach 60. i 70., kiedy komunizm podbijał świat, nie będzie takie same. Dawne lewicowe reżimy jak Kuba, Angola, Mozambik dogorywają, Wenezuela stanęła u progu nowego otwarcia. Był to rodzaj „sting operation”, „operacji specjalnej”, chirurgicznie precyzyjnej. 25 portów Morza Karaibskiego, 150 samolotów, 10 okrętów z marines, reflektory skierowane na narkobiznes. I tak to się przez kilka dni bujało. Nagle świat obiegł news: prezydent Wenezueli Nicolas Maduro wraz z małżonką Cilią Flores porwany, znajduje się na okręcie „Iwo Jima”, kierującym się w stronę Nowego Jorku. Dziś oboje przetrzymywani są w nowojorskim więzieniu federalnym, gdzie zresztą przebywał Jeffrey Epstein, oskarżeni m.in. o narko-terroryzm.
Precyzja i skuteczność działania – połączone siły konwencjonalne, wywiad i jednostki specjalne – przypomniały, że USA są najpotężniejszym mocarstwem świata, że Rosja czy Korea Północna mogą jedynie patrzeć z zazdrością na sprawność, potencjał, najnowsze technologie wojskowe. Właściwie nie jest to pierwsza tego rodzaju operacja, że przypomnę porwanie przywódcy ISIS Osamy bin-Ladena podczas administracji demokraty, Baracka Obamy. Podobna taktyka, inny powód. Ale Maduro to trzeci z kolei aresztowany przez służby USA latynoski dyktator, który będzie odpowiadał za udział w narkobiznesie. Bo w 1990 roku, po inwazji na Panamę, amerykańskie siły zatrzymały jej przywódcę Manuela Noriegę, który został skazany na 40 lat więzienia. Podobny los spotkał innego kryminalistę, prezydenta Hondurasu Juana Orlando Hernandeza – choć jego los z niewiadomych przyczyn, okazał się dla niego łaskawszy. Jak widać, chociaż batalia światopoglądowa trwa, amerykański „deep state” działa, niezależnie od tego, czy rządzą demokraci, czy republikanie. Ale chodzi o interes państwa. Kiedy przypomnimy sobie, że w Stanach Zjednoczonych rokrocznie z powodu przedawkowania narkotyków, umiera od 80 do 100 000 ludzi, głównie młodych, widać, że likwidacja karteli w Panamie, Hondurasie czy Wenezueli, to jeden z priorytetów rządu, bez względu na to, kto aktualnie zasiada w Białym Domu.
Destabilizacja
Wenezuela od dobrych kilku dekad destabilizowała cały region. Najpierw komunista Hugo Chavez, którego najbliższym sojusznikiem była Rosja i Chiny, przez 25 lat niszczył i demolował własną gospodarkę. Znacjonalizował przemysł naftowy, przepędził Amerykanów, którzy zainwestowali miliardy na infrastrukturę, a potem to wszystko – jak to komunistyczny dyktator - zmarnował. A po jego śmierci Nicolas Maduro kontynuował i linię ideologiczną i gospodarczą, zalewając Stany Zjednoczone białym towarem z okolicy, i stając się przy okazji jednym z najbogatszych ludzi Ameryki Łacińskiej.
Upolitycznienie gospodarki, fatalne zarządzanie, komunistyczna klasyka. I tak jak Kuba, niegdyś największy eksporter cukru z trzciny, dziś go reglamentuje, Wenezuela, której zasoby ropy plasują się w światowej pierwszej piątce, teraz eksploatuje jedynie ich 1%. W kraju, dysponującym bogatszymi pokładami ropy naftowej niż Arabia Saudyjska pojawiło się bezrobocie, bieda, osiem milionów Wenezuelczyków wyemigrowało do krajów sąsiedzkich, ponad tysiąc opozycjonistów zalega więzienia, kilkuset zamordowano. W 2024 roku odbyły się ostatnie wybory prezydenckie, które zapewne zostały sfałszowane, które być może wygrała przywódca opozycji, Maria Corina Machado, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla ‘25, i których wyników nie uznał świat.
Formuły wojny
Od wieków znanych było kilka rodzajów formuł wojny: przede wszystkim wojna zaczepna, zwykle pod pretekstem historycznych praw do ziem sąsiadów lub w poszukiwaniu nowego Lebensraum, oraz wojna odporna, ta sprawiedliwa. Kilka lat temu pojawiło się pojęcie „wojny hybrydowej”. Ale wydarzenia w regionie Ameryki Południowej rozgrywały się w cieniu doktryny prezydenta Monroe z 1823 roku, rodzaj „wojny wpływów”, którą Amerykanie stosują od lat. Pierwszy punkt doktryny Monroe mówi, że „żadna z Ameryk nie może być obiektem kolonizacji”, powiedzmy – dalszych kolonizacji. A w zamian Stany Zjednoczone uszanują status quo, czyli strefy interesów Europejczyków. Potem ważne było rozszerzenie tego dokumentu przez prezydenta Theodore Roosevelta, które dopuszczało ingerencje zbrojne w krajach latynoskich w celu tzw. stabilizacji sytuacji. Już wtedy szereg państw odzyskało niepodległość, czyli powstały słynne „republiki bananowe”, a Stany Zjednoczone kontynuowały swoje wielkie inwestycje.
Toteż kiedy w Ameryce Południowej eksplodował komunizm, a ferment ogarnął cały kontynent, pojawiła się armia sowieckich „doradców”, arsenały broni, Amerykanie przypomnieli pakt z 1823 roku i zaczęli stosować, aby w sposób w miarę bezkrwawy zabezpieczyć swoją ekonomiczną strefę wpływów. W 1959 roku Castro zdobył koszary La Moncada i dokonał przewrotu na Kubie, Che Guevara próbował rozpalić rewolucję w Meksyku i w Gwatemali, aż upolowali go boliwijscy chłopi – przeciwnicy rewolucji. Amerykanie wspierali Batistę, opozycję sandinisty Daniela Ortegi w Salvadorze, do dziś zgrzytają zębami na wciąż obecny terror maoistycznego Świetlistego Szlaku w Peru. Legitymizując się doktryną Monroe, dokonywali swoich „sting operations”, m.in. w Panamie i w Hondurasie, broniąc interesów przed radzieckim, a potem rosyjskim imperializmem. A Hollywood produkowało blockbustery jak „Zaginiony” z Jackiem Lemonem, wspierając i glamoryzując wątpliwych bohaterów?
Odwrócenie rewolucji
Sprawa kolejna: Donald Trump, to pokolenie rewolucji kontr-kulturowej, które dokładnie pamięta całą tę historię. I próbuje odwrócić jej dotychczasowy bieg, monopolizację globu przez lewicę. Wiem coś na ten temat, bo sama jestem ofiarą pamiętnych kampusowych guru jak Noam Chomsky czy Susan Sontag, i haseł „make love not war”. Toteż ucieszyłam się, kiedy wczoraj usłyszeliśmy o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Climate Treaty i innych 66 „niepotrzebnych światu” organizacji, m.in. Komisji Weneckiej.
Działania Trumpa zmierzają do zawrócenia chorej sytuacji, w jakiej tkwi od lat 60. świat. A więc doktryna Monroe, poprawiona przez Roosevelta, plus hasło „peace through strengh”, „pokój poprzez siłę”, pozwalając kontynuować bardziej czy mniej pokojowy business nawet z przeciwnikami ideologicznymi. Likwidacja lewicowej rewolucji, która wciąż maszeruje przez świat? Tak, ale łagodzona elementami przewrotu obyczajowego, jaki dokonał się w ciągu ostatniego półwiecza - demokracja, prawa człowieka, feminizm, wrażliwość na prawa mniejszości, wszechobecność mediów, etc.
Być może to nowa formuła światowej koegzystencji, współdziałania? Oparta na negocjacjach – nawet, jeśli dotyczyłyby głównie interesów handlowych? To jednak lepsze niż konwencjonalna wojna na wyczerpanie i „strategia spalonej ziemi” Putina.
Kiedy już Nicolas Maduro płynął na pokładzie „Iwo Jimy” do Nowego Jorku, co na ten temat podczas konferencji prasowej powiedział Donald Trump? Choć najwyraźniej nie rozumie mentalności KGB-isty Putina, próbuje odwrócić ten trwający ponad 60 lat trend i zarazem dochować zasad demokracji. Bo przecież siły amerykańskie zbombardowały, punktowo, „fabrykę atomu”, którym Iran groził części Bliskiego Wschodu, i upomina się o los pokojowych demonstrantów na ulicach Teheranu. Przetrzebiły – podobno za wiedzą oficjalnych władz - islamskich bandytów z Boko Haram, mordujących chrześcijan w Nigerii, która ma najwyższy współczynnik podobnych aktów przemocy na świecie.
Odkręca lewackie rewolucje, a teraz „wyjął” prezydenta Maduro z jego mocno strzeżonego schronu. „Daliśmy sygnał – powiedział podczas cytowanej już konferencji prasowej Trump - Od tej chwili nikt nie będzie z nami pogrywać.” Dał zatem do zrozumienia, że 1/to uderzenie w podupadający reżim komunistyczny, przeżarty aktami przemocy i korupcją, 2/ zabijający rokrocznie przy pomocy kokainy i fentanylu tysiące Amerykanów. Oskarżył Maduro o przewodzenie kartelowi „Cartel de los Soles oraz – razem z kolumbijskimi, meksykańskimi gangami – o wieloletnie uczestnictwo w przemycie narkotyków do Stanów Zjednoczonych i czerpanie z tego ogromnych korzyści.
Fakty
Przy okazji tej konferencji usłyszeliśmy wiele słów w zwykłym stylu Donalda Trumpa. „Misja była demonstracją naszej siły”, „żadna armia świata nie dokonałaby podobnej operacji”, „nie ponieśliśmy żadnych strat, jesteśmy najlepsi”. Ale jeśli weźmiemy w cudzysłów jego styl bycia i uprawiania polityki, to przecież prawda! Prezydent stwierdzał fakty, kiedy mówił, że 25 lat temu, nacjonalizując przemysł wydobywczy ropy naftowej, komunista Hugo Chavez okradł Amerykanów, nie wypłacając im odszkodowania za miliardy dolarów, które zainwestowali, a on i Maduro pozbawiali własne społeczeństwo szans na godne życie.
Widać, że Amerykanie nie mają jeszcze precyzyjnych planów, co dalej, nikt nie wie, jak sytuacja się rozwinie. Co już wiadomo? Że zostaną w regionie, aż przeprowadzi się wolne wybory parlamentarne, że będą współpracować z tymczasowo wybraną prezydent Delcy Gonzalez, przecież chavistką, aby dopilnować demokratycznych procedur wyborczych, a także nie wypuścić z rąk pól roponośnych.
Ostatnio Trump oznajmił, że 30-50 mln baryłek objętej sankcjami ropy będzie sprzedawanych po cenie rynkowej, a fundusze przekazywane „dla narodu Wenezueli” oraz Amerykanów, za bezprawnie odebrane nowoczesne instalacje wiele lat temu. Już wiadomo, że złożył propozycję nie do odrzucenia prezydentowi Kolumbii, Gustavo Petro Urredze, aby akcję przeciw narkobiznesowi rozciągnąć na cały region.
Rola Trumpa
Komentatorzy zastanawiają się, jaką rolę w istocie Donald Trump wybrał? „Żandarma”, „kaznodziei”, a może „komiwojażera świata”? Donald Trump wiele mówi o konieczności istnienia zasad w polityce. O demokracji, sprawiedliwości społecznej, także w polityce zagranicznej. „Mieszkańcy Wenezueli zyskają na tym, co się stało” – powtarza Trump – w przeciwieństwie do podupadającej Kuby, z której setki tysięcy uciekinierów żyje szczęśliwie i zamożnieje w Stanach Zjednoczonych”. To znowu fakty.
Najnowsza historia mówi, że tam, gdzie pojawiali się Amerykanie – „pożyczka Marshalla”, pomoc Reagana dla Solidarności, wielkie amerykańskie inwestycje na świecie, na których zyskiwały lokalne gospodarki. Natomiast tam, gdzie władzę przejmowali komuniści – Rosja, Kuba, Chiny, Kambodża, Angola – pojawiał się terror i bieda, albo dyktatura, albo jak w Mozambiku, zanikały struktury państwa.
Donald Trump próbuje dotrzymać obietnic danych w kampanii swoim wyborcom, wiarygodność polityka, to przecież ważna część demokracji. A on zatrzymał tsunami imigrantów z całej Ameryki Lacińskiej, „wojny celne” wyprostowały brak symetrii w relacjach z Unią Europejską, Chinami czy Indiami, poprawiając stan budżetu państwa. Protekcjonizm wspomaga rodzimą produkcję i biznes, Gwardia Narodowa, uspokaja nastroje społeczne w wielkich miastach, teraz próbuje przetrącić kręgosłup kartelom narkotykowym. Konserwatysta, patriota, demokrata – a wszystko na swój własny, „trumpowy” sposób.
Jeśli jednak w Gazie ginie dziennie połowa ludzi mniej, zredukowano o 50% kryminalną działalność Hamasu i Hezbollahu, chrześcijanie w Nigerii poczuli się bezpieczniej, narkobiznes w Ameryce Południowej zostanie zredukowany, to dla wszystkich lepiej czy gorzej? Likwidacja sowieckiego imperializmu w Ameryce Lacińskiej, to dobrze czy żle? A pozbywanie się skutków rewolucji kontr-kulturowej, która dokonała brainwashingu kilku generacji i wywróciła porządek świata - państwo, prawo, rodzina - do góry nogami? No właśnie.
CZYTAJ TAKŻE:
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/750348-trump-i-w-ktora-strone-zmienia-sie-swiat
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.