Christopher Layne, amerykański politolog, profesor Uniwersytetu w Teksasie, zastanawia się na łamach ostatniego wydania periodyku Foreign Affairs jaka jest perspektywa wielkiej wojny, między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. To, że obydwa państwa znajdują się na kursie kolizyjnym jest dziś oczywistością, ale czy rywalizacja między wschodzącą potęgą, jaką reprezentuje Państwo Środka a Stanami Zjednoczonymi, starym hegemonem, musi skończyć się zderzeniem na wielką skalę? Lane jest zdania, że prawdopodobieństwo takiego konfliktu wojskowego jest coraz większe i poddaje analizie szereg czynników przemawiających za taką tezą. Prześledźmy tok jego rozumowania.
Powrót wielkiej wojny miałby być niemożliwy?
Layne zaczyna od obalenia silnie zakorzenionych, zwłaszcza w społeczeństwach Zachodu, tez na temat dlaczego powrót wielkiej wojny w czasach współczesnych miałby być niemożliwy. Zwolennicy takiego poglądu podkreślają znaczenie powiązań ekonomicznych między państwami, które tworzą współcześnie tak gęstą siec relacji, że wybuch konfliktu zbrojnego, doprowadziłby w efekcie do sytuacji kiedy stratne byłyby obie strony wojny, niezależnie od tego kto wygrałby militarnie. Jednak, jak zauważa, tego rodzaju optymistyczny sąd przeczy doświadczeniu historycznemu, zwłaszcza z czasów sprzed I Wojną Światową, kiedy systemy ekonomiczne Wielkiej Brytanii i Niemiec były powiązane ze sobą w stopniu nie mniejszym niźli dziś Chin i Stanów Zjednoczonych, co nie przeszkodziło elitom obu krajów w „ześlizgnięciu się w wojnę”.
Drugi argument tych, którzy nie wierzą w perspektywę wielkiego konfliktu militarnego ufundowany jest na przeświadczeniu o odstraszającym wpływie potencjału nuklearnego, będącego w posiadaniu obydwu krajów. Ale i w tym wypadku, zdaniem amerykańskiego politologa, postęp technologiczny, polegający na miniaturyzacji ładunków jądrowych zrobił swoje. O ile jeszcze w latach sześćdziesiątych wojna jądrowa przy użyciu wówczas posiadanego arsenału oznaczała zdaniem większości naukowców gwarantowaną zagładę ludzkości, to obecnie już tak nie jest i można wyobrazić sobie, a wojskowi już opracowali stosowne plany, konflikt w czasie którego użyte zostaną na polu walki ładunki nuklearne niewielkiej mocy.
Równie nieuzasadniony, w opinii Layne’a jest pogląd tych, który uważają, że dominacja liberalnych instytucji gwarantujących porządek światowy jest tak przytłaczająca, iż odwleka to perspektywę wojny. W tym wypadku działać miałby argument potencjału obrońców porządku liberalnego, któremu ewentualni zwolennicy zmiany układu sił nie będą w stanie jeszcze długo rzucić wyzwania. W opinii amerykańskiego politologa te gwarancje pokoju, czy raczej braku wielkiej wojny, jakkolwiek nadal silne, oparte są na przesłance jedności świata liberalnego, która w ostatnich latach zaczyna kruszeć i nie jest pewne, że obóz broniący status quo przetrwa najbliższe lata.
„Bitwa idei” między Waszyngtonem a Pekinem
Layne w swej analizie odwołuje się do przykładu rywalizacji niemiecko – brytyjskiej z okresu sprzed wybuchu I Wojny Światowej, której motorem, w jego opinii, nie były różnice interesów ekonomicznych, ale głębokie antypatie kulturowe, które dziś moglibyśmy określić mianem różnic politycznych i dążenie wzrastającej potęgi, jaką wówczas były Niemcy, do uzyskania statusu mocarstwa. Tak jak wówczas, tak i dzisiaj, paliwem napędzającym rywalizację, w przeszłości Wielkiej Brytanii i Niemiec, a obecnie amerykańsko – chińską są podziały polityczne i walka o prestiż, czy raczej hegemonię.
W tym sensie bardziej obecnie mamy do czynienia z „bitwą idei” między Waszyngtonem a Pekinem, niźli rywalizacja na tle różnic interesów. Chiny realizując już od czasów Denga politykę modernizacji i odbudowy potencjału kraju, co jeszcze przyspieszyło za czasów przywództwa Xi Jingpinga, pragną zerwać ze „stuleciem poniżenia”, które zaczęło się od klęski w Wojnach Opiumowych i przywrócić prestiż i znaczenie swego kraju w świecie. Nie są w stanie tego dokonać, w opinii Layne’a bez zdobycia hegemonii na kontynencie azjatyckim. To naraża je na nieuchronny konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, które nie tylko nie chcą uznać wzrastającego znaczenia „nowej potęgi”, ale przede wszystkim z tego powodu, że amerykańskie elity strategiczne ukształtowane zostały w starej, dziś już przestarzałej, szkole geopolitycznej Mackindera. Jak przypomina Layne jedną z głównych tez brytyjskiego geopolityka była ta, która mówiła, że ten kto kontroluje Azję i jest w stanie zdominować euroazjatycki Heartland, ten osiągnie dominację nad światem. Na to nakładają się podziały ideowe, tradycyjna antypatia Amerykańskich elit wobec ideologii marksistowskiej, co przydaje rywalizacji elementu bezkompromisowości. W takim ujęciu nie mamy do czynienia z rywalizacja mocarstw, które poszukują we wzajemnych relacjach „nowych punktów równowagi”, ale ze starciem dobra i zła, demokracji z totalistycznym komunizmem. Nawet, jak zauważa amerykański politolog, zwolennicy szkoły realistycznej, tacy jak John Mearsheimer, którzy od lat optują na rzecz wycofania się Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu, który nie ma dla Ameryki znaczenia strategicznego, są jednocześnie zwolennikami wzrostu amerykańskiej obecności w Azji Płd.-Wschodniej, a to znacznie zwiększa perspektywę starcia z Chinami, bo dziś trudno znaleźć w Stanach Zjednoczonych zwolenników poglądu, nie mówiąc już o nurcie politycznym za tym się opowiadającym, o potrzebie poszukiwania strategicznego kompromisu.
Relatywne, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, wzrastanie potęgi wojskowej Chin, która jest na dodatek skoncentrowana w Azji Płd.-Wschodniej tylko, co już dostrzegli analitycy RAND w 2015 roku, powiększa perspektywę gorącego konfliktu zbrojnego w tym regionie świata, bo Ameryka utraciła w tym regionie swą wojskową przewagę a chińskie elity zaczynają dostrzegać otwierające się „okienko możliwości”.
Co gorsze, ewentualne ustępstwa ze strony Stanów Zjednoczonych wobec Chin musiałyby oznaczać zarówno zaakceptowanie „wolnej ręki” Pekinu wobec Tajwanu i Hong Kongu jak i zgodę na chińską interpretację suwerenności, co oznacza nieingerowanie w sprawy wewnętrzne i uznanie, że system autorytarny jest w takim samy stopniu uprawnionym porządkiem wewnętrznym jak demokracja. Taka zgoda, jest mało prawdopodobna, co w konsekwencji powoduje, że nasilenie niechęci i poczucia obcości, ze strony Stanów Zjednoczonych wobec Chin jest dziś znacznie większe niż niesmak jaki Brytyjczycy odczuwali przed I wojną światową wobec pruskiego militaryzmu, ideologii, która zdominowała wilhelmińskie Niemcy. Niezainteresowanie amerykańskiej opinii publicznej sprawami międzynarodowymi, co oznacza brak presji opinii publicznej, jeszcze ułatwia waszyngtońskim elitom „dryf” w stronę gorącego konfliktu z Chinami.
„Otwarte jest pytanie – konkluduje swe rozważania Christopher Layne - czy Stany Zjednoczone mogą lub będą chciały pokojowo zrzec się swojej dominacji w Azji Wschodniej i uznają pozycję Chin jako równej sobie potęgi. Jeśli jednak Waszyngton tego nie zrobi, znajdzie się na najlepszej drodze do wojny - takiej, w obliczu której, katastrofy wojskowe w Wietnamie, Afganistanie i Iraku będą wyglądały blado.”
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/524648-o-perspektywie-wojny-stanow-zjednoczonych-z-chinami
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.