Ach, co to był za ślub! Zupełnie inny niż drugiego w kolejce do tronu księcia Williama, mniej zgodny z protokołem królewskim i mniej skonwencjonalizowany. Ani w katedrze św. Pawła, gdzie połączono węzłem małżeńskim księcia Karola i Dianę, ani w Westminster Abbey, gdzie żenił się książę William z Catherine Middleton. Żadnych zaproszeń do prezydentów Trumpa czy Obamy, europejskich koronowanych głów, żadnych polityków – prócz przyjaciela rodziny byłego premiera Johna Majora – ani śladu korpusu dyplomatycznego. Książę Harry, zwłaszcza kiedy wypadł z Wielkiej Piątki pretendentów do brytyjskiego tronu, to a royal minor, więc ślub i wesele było, wedle protokołu królewskiego, „z nieco niższej półki” niż kilka lat temu jego brata Williama. A więc, prócz rodziny królewskiej i matki panny młodej, gwiazdki Hollywoodu, tuzy estrady , projektanci mody i prezesi organizacji charytatywnych. George Clooney z żoną Amal, Oprah Winfrey, Elton John z żoną? mężem? Davidem Furnishem, państwo Beckhamowie, etc, etc. Zmodyfikowana przysięga małżeńska – żadnych „będę mu posłuszna aż do śmierci” - a zamiast listy prezentów goście otrzymali listę organizacji filantropijnych z sugestią, aby pieniądze zostały tam właśnie skierowane. Ceremonia celebrycka, pół żartem, pół serio? O, nie. W istocie była to poważna inwestycja w zdrowie psychiczne i dobre samopoczucie Brytyjczyków, zastrzyk pieniędzy do budżetu państwa oraz w przyszłość monarchii.
Było to wydarzenie kilkupłaszczyznowe. Z pewnością z dziedziny kultury masowej – wielkie zainteresowanie mediów, i to zarówno tych poważnych, national jak The Times, Die Welt czy Le Monde, oczywiście tabloidów jak The Sun czy Bild, tygodników towarzyskich jak Hello! i kolorowych magazynów kobiecych. Czyli zdarzenie z kręgu pop-culture na światową skalę. Po drugie, przemysł pamiątkarski. W licznych sklepach Cool Britannia czy Best of England – mnóstwo flag Union Jack, koszulek, kubków, serwetek do herbaty z portretami młodej pary, a nawet Marmite z nalepkami „Meghan” i „Harry”, dla niej i dla niego. Pamiątkowa srebrna moneta 5-funtowa i okolicznościowy znaczek pocztowy. Od ponad pół roku, ogłoszenia zaręczyn księcia Henryka przemysł medialny i pamiątkarski pracował pełną parą, przynosząc wielkie zyski.
Sprawa druga, niejako łącząca się z poprzednią – rzeka pieniędzy, płynąca do kieszeni Brytyjczyków oraz, w postaci podatków, do budżetu państwa. Do właścicieli hoteli, sklepów, nie tylko pamiątkarskich, restauracji i kawiarni, komunikacja, kwiaciarnie, etc. Jeśli przypomnimy sobie, że rokrocznie na Wyspy przybywa ok. 30 mln turystów, połowa brytyjskiej populacji, a na ceremonię ślubną do Windsoru przyjechało ich extra 100 tys., są to sumy, liczące się w kasie państwowej. Bo, hipotetycznie, gdyby nastąpiła abolicja monarchii, szeregi przybyszów bardzo by się przerzedziły, bo przecież przybywają na Wyspy nie po to, aby zobaczyć Theresę May w drodze z Downing Street do Izby Gmin, ale królową i zmianę warty przed Pałacem Buckingham.
Ale przede wszystkim, ten ślub królewski stał się rodzajem społecznej terapii, podniesieniem ducha narodowego. Bowiem od dwóch lat, od czasu referendum w sprawie Brexitu, Brytyjczycy naprawdę nie mają wiele powodów do radości. Podział między zwolennikami a przeciwnikami pożegnania się z Unią Europejską biegnie z góry, od gabinetu premier May, poprzez obie izby parlamentu, a skończywszy na elektoracie. Pat trwa. Theresa May okazała się liderem politycznym tyleż słabym, co ambitnym, a więc chaos się pogłębia, negocjacje z UE wcale nie posuwają się naprzód, ostatnio utknęły na etapie różnic opinii obu stron na wspólny rynek oraz unię celną, w tym granicę pomiędzy Północną Irlandią a Republiką Irlandii. I któżby jeszcze pięć lat temu podobną sytuację przewidział? – świetna kondycja monarchii, popularność młodej generacji the royals, pary książęcej Cambridge, a teraz Sussex, wywołują nie tylko uśmiech na twarzy Elżbiety II, ale stanowią także rodzaj psychoterapii narodowej. Jeszcze niedawno ośrodki badań opinii publicznej dawały antymonarchistom 19%, po świetnie zorganizowanych uroczystościach Diamentowego Jubileuszu 2012-13 cyfra ta zjechała do 13, a teraz do 9%. A więc najpierw elastyczność Elżbiety II i reformy monarchii lat 90., potem moda na młodych royalsów, „katemania”, a teraz „harry-i-meghanmania”, i zręczność świetnego zespołu PR-owskiego Pałacu Buckingham zaowocowały sytuacją, kiedy to monarchia staje się podporą coraz słabszego i skonfliktowanego państwa. Tu przypominają się trzy często cytowane przyczyny istnienia brytyjskiej monarchii: stabilizacja, kontynuacja i reprezentacja. Czyż dzisiejszy The Royal Household, Dom Królewski nie spełnia tych oczekiwań, nie wspiera ludzi nadzieją na przetrwanie i inne, lepsze czasy?
Dowodem mądrości i elastyczności królowej Elżbiety II otwierania się brytyjskiej monarchii na świat i nowe czasy, jest także małżeństwo księcia Harry’ego i Meghan Markle. A przecież to „powtórka z historii”, zwierciadlane odbicie innego romansu z lat 30., króla Edwarda VIII i Wallis Simpson. Też Amerykanka, także rozwódka, też kilka lat starsza od oblubieńca, w dodatku socialite czyli jednak dama z towarzystwa, a nie aktoreczka. No i pochodzenie rasowe, Meghan Markle to Afroamerykanka. Oczywiście, Edward VIII był następcą tronu, książę Harry jest zaledwie szósty w kolejce do korony. Jednak ta cała historia, tym razem z happy endem, to żywy dowód na to, jak bardzo brytyjska monarchia w ciągu tych 25 ostatnich lat, od publikacji książki Andrew Mortona „Diana: prawdziwa historia” i początków modernizacji, zmieniła! I znowu, kredyt należy się Elżbiecie II, którą nawet liberalna lewica, patrz: książka „Diamentowa królowa” czołowego publicysty BBC, Andrew Marra, chwali za mądrość, pracowitość, konsekwencję oraz uprzejmość /kindness/.
No i jakiś cud sprawił, że z małżeństwa księcia Henryka zadowoleni są wszyscy Brytyjczycy, niezależnie od poglądów politycznych. Konserwatyści – bo ślub nabija słupki popularności monarchii, bo były playboy, który niejednokrotnie wywoływał kontrowersje, ustatkował się nareszcie, że wraz z żoną zajmą się rodziną i działalnością charytatywną jak inni starsi royalsi. Z kolei lewica liberalna jest uszczęśliwiona, bo wybranka księcia to „a real commoner”, „prawdziwy człowiek z ludu”, w dodatku kobieta wyzwolona, feministka, no i mieszanka rasowa. Wszystkie te elementy, to dla Labour Party, Liberalnych Demokratów i Zielonych dowody na modernizację i demokratyzację monarchii.
Czyli everyone is happy? Dziś tak, lecz co będzie za miesiąc lub rok, tylko wróżka Miłka z radia Pogoda jest w stanie powiedzieć. A zważywszy ogromne różnice narodowe, społeczne i kulturowe obojga – wystarczy wskazać kontrowersyjne, zachowanie ojca Meghan, który podobno zainkasował za sesję fotograficzną 150 tys. dolarów, czy przyrodniego rodzeństwa, które, nie zaproszone, zameldowało się w Londynie w nadziei na zarobienie trochę grosza, honorariów za wywiady w mediach – nie wróży nic dobrego. Oczywiście my wszyscy życzymy młodej parze wszystkiego dobrego, aby, wspólnie, byli w stanie pokonać trudności, które już widać na horyzoncie.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/395195-slub-krolewski-a-terapia-narodowa