W Europie o wielu rzeczach się nie mówi. Nie wolno głośno mówić o przestępstwach popełnianych przez migrantów. Nie wolno głośno mówić, że wkład muzułmańskich społeczności jest w przeważającej mierze ujemny. Nie wolno powiedzieć złego słowa o innych kulturach, podczas gdy tamte mogą naszą zaciekle nienawidzić. Zaleca się za to samobiczowanie, kajanie się i niekończące wyznawanie win.
Telford. Największy skandal seksualny w historii Wielkiej Brytanii. Setki dziewczynek – bo to były dzieci – więzionych, bitych, narkotyzowanych, sprzedawanych i gwałconych. Sprawcami byli Pakistańczycy. To kolejny skandal po Rotherham, gdzie zorganizowana banda muzułmanów porywała i gwałciła małe dziewczynki. Tam liczba ofiar sięgnęła półtora tysiąca. Tu prawdopodobnie liczba ustali się na podobnym poziomie.
Rzecz działa się przez cztery dekady. Czterdzieści lat – bez reakcji, bez śledztwa, nikt nie kiwnął palcem. Nie ze względu na korupcję, to nie przekupstwo doprowadziło do bierności wobec tych okrucieństw. Problem polegał na tym, że, wziąwszy pochodzenie sprawców, ta historia była „drażliwa”. Policja, władze lokalne i pracownicy społeczni, choć docierało do nich, co dzieje się w Telford, bały się, że jeśli coś zrobią, zostaną oskarżone o „rasizm”.
Wiadomość o tych okropieństwach przedzierała się do świadomości publicznej z wielkimi oporami. Musiała przebić się przez wiele przeszkód. Tylko część gazet podjęła temat, BBC milczało. Z przeoczenia? Nie, z premedytacją. Podobnie było z Rotherham i Rochdale – te sprawy nie były nagłaśniane, nie były podawane do publicznej wiadomości, bo sprawcami byli muzułmanie. Bruździło to wizji multikulturowego szczęścia, jakim karmiły Brytyjczyków elity przez ostatnie dziesięciolecia. Laburzystowska deputowana, Sarah Champion, gdy odważyła się wskazać, że Wielka Brytania ma kłopot z obywatelami pakistańskiego pochodzenia, którzy wykorzystują białe dziewczynki, została zrugana przez Jeremy’ego Corbyna i „zdegradowana” w partii. A gdy toryska Lucy Allan prosiła o wszczęcie śledztwa, posypały się na nią oskarżenia o „rasizm”. Wytykano jej, że drąży podziały i podsyca nienawiść. Mrzonka o wielokulturowości była dla elit ważniejsza niż prawda.
Think Tank Quilliam opublikował dane, z których wynika, że 85% skazanych za przynależność do pedofilskich gangów ma pochodzenie hinduskie bądź pakistańskie. Gdy Tommy Robinson, patriotyczny brytyjski dziennikarz, wrzucił te dane na swoje konto Twitter – zawieszono je permanentnie. Media społecznościowe, jak wiadomo, służą publikowaniu zdjęć kotków, a nie ujawnianiu prawdy.
Ani jedna feministka słowem nie zająknęła się o tej aferze. Media wolały podniecać się histerią „MeToo”, tym, że ktoś kogoś uszczypnął dwadzieścia lat temu. Aktoreczka, której narzucał się jakiś namolny reżyser, może liczyć na uwagę całego świata, a półtora tysiąca torturowanych i zgwałconych dziewczynek – na milczenie. Kobieta, która wyciągnęła na światło dzienne sprawę w Rotterham też nie otrzymała pochwały. Wysłano ją na przymusowy kurs „uwrażliwiania” na różnorodność.
Jeżeli polityczna poprawność paraliżuję sprawiedliwość, jeżeli paraliżuje służby, jeżeli sprawia, że dziennikarzom drętwieją języki, to nazwanie jej współodpowiedzialną nie jest przesadą. Polityczna poprawność to krwawy obłęd. Organizacja antyrasistowskie stworzyły toksyczną atmosferę, w której nikt nie chce stanąć w obronie ofiar, w której policja boi się podjąć działania, aby skończyć z tymi zbrodniami. Polityczna poprawność obezwładnia społeczeństwa, krępuje ręce służbom, ogłupia przeciętnych ludzi. Media ukochały obrazek, który nauczyły się sprzedawać – o cudownym i zgodnym współżyciu wszystkich kultur. Cokolwiek zakłóca ten obraz, zostaje wyciszone.
Nie mówi się też o odradzającym się w Europie antysemityzmie. Nie wiąże się on z „demonami” uśpionymi w narodach, czekającymi tylko na pobudkę, aby znów urządzić piekło na kontynencie. Te demony przyszły z Afryki północnej. Żydzi masowo opuszczają Francję, bo przestali czuć się w niej bezpiecznie. Antysemityzm rośnie w siłę nie tam, gdzie „wypija się go z mlekiem matki”, lecz tam, gdzie są duże społeczności muzułmańskie. Dla mediów to niewygodne fakty, które za wszelką cenę należ usunąć z pola naszego widzenia. Przemilczały Sarah Halimi, zakatowaną przez muzułmanów w czasie francuskiej kampanii prezydenckiej. Później to „zamiecenie pod dywan” wywołało oburzenie. Tłumaczono się bez ogródek: na tej sprawie zyskałby Front Narodowy, trzeba było ją przykryć.
Dwa tygodnie temu dwóch muzułmanów spaliło żywcem Mireille Knoll. Osiemdziesięciopięcioletnia Żydówka, która cudem uniknęła Auschwitz, nie mogła uniknąć swoich arabskich sąsiadów. Policja otrzymywała wcześniej sygnały, że sąsiad jej groził, ale nie interweniowano. Dziennikarze zataili tak pochodzenie ofiary, jak i sprawców. „Dwóch mężczyzn zabiło staruszkę”, to wszystko. Powinniśmy być wyczuleni na tę anonimowość: ilekroć w Niemczech albo we Francji pojawia się podobna wiadomość, w której brak dokładniejszych informacji, najprawdopodobniej za przestępstwem stoją imigranci, co cenzura medialna stara się ukryć.
Pewna niemiecka socjolog, ideolog „Willkommenskultur”, przyjęła do siebie kilku imigrantów. Minęło trochę czasu, nim nauczyli się niemieckiego, w końcu jednak mogli dogadać się ze swoimi gospodarzami. Powinszowali wtedy swoim dobroczyńcom Hitlera, któremu udało się pozbyć Żydów, z czym oni na Bliskim Wschodzie mają ogromny problem. Panią socjolog zamurowało. Autentyczna historia, zasłyszana we francuskim radiu.
Inna sprawa, o której się nie mówi, to reemigracja. Policja myśli szczelnie zabiła debatę publiczną, aby ta idea nie wypłynęła. Francuski pisarz, który wymyślił termin „podmiana populacji” (le grand remplacement), Renaud Camus, stwierdził, że Francja ma przed sobą trzy warianty. Może czekać, aż napięcia między społecznością muzułmańską a Francuzami osiągną taki pułap, że wojna domowa wybuchnie na dobre. Może całkowicie poddać się najeźdźcom, to droga „uległości”. Trzecie wyjście – reemigracja, odesłanie imigrantów tam, skąd przyszli. Literat uważa, że to jedyne rozwiązanie, które może Francję uratować. To rozwiązanie zresztą stosuje się do innych krajów europejskich – sytuacja stała się beznadziejna. Beznadziejne położenie wymaga energicznej reakcji. Camus zaznacza przy tym, że ideę reemigracji spotka pewnie ten sam los, co słynne „zderzenie cywilizacji”. Odczytano je jako nawoływanie do starcia, zamiast dostrzec w nim chłodny wniosek. Reemigracja nie stanowi podżegania do nienawiści, nie chodzi o podsycanie wrogości, to po prostu jedyne wyjście, jak zarysowuje się w sytuacji, w jakiej znalazły się narody Europy.
Przy tym muzułmanie są chętni na powrót do ziem islamskich. Nazywa się to hijra. Gardząc życiem europejskim, widząc jego degenerację, marzą o tym, aby wrócić do miejsca, gdzie panuje szariat, z dala od gnijącego Zachodu. Jest też „hijra wewnętrzna” (w obrębie państw europejskich) – gdy muzułmanie porzucają swoje dotychczasowe miejsca zamieszkania, aby udać się do dzielnicy albo miasteczka, w którym islam stanowi prawo.
Oficjalnemu opisowi rzeczywistości – temu, który leje się z mediów – towarzyszy poczucie nierealności. Elity, prócz tego uporu, z jakim tworzą wizję, które nie mają nic wspólnego z prawdą, same sobie przesłaniają to, co się wokół nich dzieje. Nie zorientowały się, kiedy zwykli ludzie stracili cierpliwość. Chińczycy mają takie słowo, które określa zamiłowanie Zachodu do imigrantów, wielokulturowości, gejów, lesbijek i całej reszty. Tam się z nas szydzi. Wyśmiewa się nas, jak wariatów (Chińczycy to ludzie okrutni). Narody europejskie jednak nie życzą już sobie więc tej wariackiej polityki. Stąd Brexit, stąd Marine Le Pen w drugiej turze, stąd znakomity wynik włoskiej prawicy. Chcą, aby ich przywódcy poszli po rozum do głowy.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/388734-to-o-czym-sie-nie-mowi-telford-antysemityzm-reemigracja
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.