Terroryzm, po Belgii i Francji, dotarł w końcu do Niemiec. Nie jest to zresztą zaskakujące, eksperci ostrzegali, że wraz z falą uchodźców przybędą różnej maści islamiści. Że niektórzy będą sfrustrowani odmową azylu i wcześniej czy później przyjdzie zapłacić wysoką cenę za politykę otwartych drzwi. Nikt nie spodziewał się jednak takiej skali ataków. Trzy zamachy w przeciągu zaledwie tygodnia w Bawarii. To kraj związkowy w którym, oprócz Nadrenii Północnej-Westfalii, umieszczono najwięcej uchodźców.

Monachium, Reutlingen, gdzie azylant z Syrii maczetą zabił ciężarną Polkę, i w końcu: Ansbach. Wcześniej, w Würzburgu, w Badenii-Wirtembergii, rzekomo 17-letni Afgańczyk ranił cztery osoby w pociągu siekierą. Rzekomo, bo wciąż niewiele o nim wiadomo. Prawdopodobnie był o wiele starszy i pochodził z Pakistanu. To, że służby nie są w stanie ustalić jego tożsamości jest wyrazem słabości niemieckiego państwa i jego struktur siłowych. Takich jak domniemany Afgańczyk jest więcej. W drodze do Niemiec wyrzucili paszporty i żyją dziś jako syryjscy czy iraccy uchodźcy w ośrodkach dla azylantów w całym kraju. Jeden z nich, Marokańczyk podający się za Syryjczyka, podpalił niedawno ośrodek dla uchodźców w Düsseldorfie, który doszczętnie spłonął.

Czytaj także: Szef MSW Bawarii: „Uważam za prawdopodobne, że mamy do czynienia z prawdziwym islamistycznym zamachem samobójczym”

Eksperci szacują, że ok. 20 proc. syryjskich uchodźców w rzeczywistości pochodzi z innych krajów. Nie jest dobrze, gdy państwo nie wie, kto znajduje się na jego terytorium i na dodatek pozwala by radykalni salafici prowadzili w ośrodkach dla azylantów rekrutację. W Monachium sfrustrowany 18-letni Irańczyk z niemieckim paszportem strzelał do młodych ludzi jak do kaczek. Może i przebywał w Niemczech dłużej niż pozostali, ale trudno go określić jako udany przykład integracji.

To wszystko powinno było doprowadzić do zmiany podejścia nie tylko niemieckich władz, ale także mediów do problemu imigracji i integracji. Tak się nie stało. Zamiast tego staliśmy się świadkami żenującej kampanii dezinformacyjnej, której celem było odłączenie pochodzenia i wyznania sprawców od ich czynu, połączonej z desperacką próbą pomniejszenia znaczenia tych wydarzeń. Z równoległą próbą przyzwyczajenia Niemców do „nowej rzeczywistości”. „To wszystko odizolowane przypadki” – głosi przekaz dnia. Nic się z niczym nie łączy, szczególnie z uchodźcami i islamem.

Niemiecka telewizja ARD poświęciła wiadomości o zabójstwie Polski w Reutlingen dokładnie 20 sekund czasu antenowego. 20 sekund. Policja zaś, która uciekała przed Syryjczykiem z maczetą, już kilka minut po jego zatrzymaniu ogłosiła, że zabił „w miłosnym szale” i że nie ma to nic wspólnego z jego pochodzeniem, wyznaniem, ani statusem jako azylant. To zrozumiałe, w końcu czym jest jeden Syryjczyk z maczetą wobec Tunezyjczyka z ciężarówką w Nicei? W przypadku domniemanego Afgańczyka z pociągu w Würzburgu, media i policja próbowały Niemcom wmówić, że miał on depresję, aż do chwili, gdy się okazało, że działał pod auspicjami Państwa Islamskiego. Wszystko, byle nie musieć przyznać, że uchodźcy mogą stanowić jakiś problem.

Największy majstersztykiem sztuki dezinformacyjnej był jednak zamach w Monachium. Najpierw, gdy tożsamość sprawcy lub sprawców nie była jeszcze znana, niemieckie media gubiły się w spekulacjach o neonazistach i skrajnie prawicowym terrorze. Potem, gdy się okazało, że sprawcą jest Irańczyk, policja ukuła opowieść o spontanicznym amoku chorego psychicznie, który chciał uczcić przypadającą na ten dzień piątą rocznicę zamachu Andersa Breivika na wyspie Utoya. Mało tego, z Dawuda Aliego Sonboly’ego zrobiono Davida S. To brzmi bardziej niemiecko, i idealnie pasuje do narracji, że Irańczyk czuł się Niemcem i jako taki działał. Co z tego, że przygotowywał zamach przez rok, co przeczy narracji o „spontanicznym amoku”? Co z tego, że jak się później okazało miał wspólnika,16-letniego Afgańczyka, który wiedział o jego zamiarach i nie był to więc czyn pojedynczego szaleńca? Co z tego, że nie miał „motywów politycznych”, jak policja sama później przyznała? Przez media, nie tylko w Niemczech, przetoczyła się fala artykułów o Breiviku, w brytyjskim „Time” m.in. można było przeczytać długie dywagacje o tym, czy Breivik, w swojej celi więziennej „wciąż stanowi zagrożenie dla Europy”.

Czytaj także: Kolega napastnika z Monachium w rękach policji. 16-latek miał wiedzieć o jego planach

Równoległe w niemieckiej telewizji publicznej wystąpiła cała kawalkada ekspertów, którzy na zmianę próbowali uspokajać widzów i oswoić ich z nową rzeczywistością: „Na szczęście to nie miało związku z IS” – westchnął jeden. „Ludzie na bliskim Wschodzie już się do tego przyzwyczaili” – mówił drugi. Politolog Dr. Herfried Münkler zadeklarował wręcz w ZDF, że „i tak mamy większe szanse zginąć od wypadku w domu, albo od zatrucia zupą grzybową. Polecam ponurą obojętność”. „Die Welt” ułożyło nawet playlistę muzycznych hitów „przeciwko terrorowi”. Mistrzostwo świata osiągnął jednak publicysta lewicowej „Die Zeit” Arno Frank, który napisał:

Znów trzasnęło, jak zdarza się często w ostatnim czasie. Co robić? Odwołać imprezę? Albo tym bardziej tańczyć, tańczyć, tańczyć? Bohaterski spokój dobrze by nam zrobił

Czytając takie – bądź nie bądź aroganckie - komentarze, trudno się oprzeć wrażeniu, że to ostatni taniec na Titanicu. Ewidentna ulga komentatorów i polityków w obliczu zamachu w Monachium –„całe szczęście to nie IS” – musiała być bardzo bolesna dla rodzin ofiar, którym nie przyniosło to żadnej ulgi. Ale co tam. Byle nie zajmować się centralną kwestią: islamem i uchodźcami. Pani kanclerz także próbowała minimalizować, szczególnie polityczne, skutki ataków w Würzburgu, Monachium, Reutlingen i Ansbach. Nie pojawiła się w szpitalu u boku ofiar, co jest przyjętą tradycja – Hollande pofatygował się do szpitala w Nicei.

W Berlinie uznano najwyraźniej, że nadałoby to tym wydarzeniom zbyt dużą wagę. Minimalizacja szkód, szczególnie politycznych, to jednak strategia krótkowzroczna, na którą obywatele się nie nabiorą. Bagatelizowanie zamachów, przekonywanie o braku alternatywy wobec polityki otwartych drzwi i Europy bez granic, tylko pogłębia brak zaufania Niemców do państwa. Prawda jest taka, że europejskie społeczeństwa muszą się liczyć nie tylko z zagrożeniem ze strony otwartych sympatyków Państwa Islamskiego. Tych, chociaż nie zawsze, można zaobserwować, wyśledzić i unieszkodliwić. Jednak „samotnego wilka”, który z wściekłości, frustracji z powodu odmowy azylu, ku czci Allaha, albo ku własnej chwale chce zabić możliwie wielu ludzi, znacznie trudniej jest wykryć i powstrzymać.

Niemcy wmanewrowały się swoja polityką otwartych drzwi w ślepy zaułek. Nie tylko muszą się zmierzyć z terrorem, ale uzależniły się od Turcji, która stała się po nieudanym puczu i związanymi z nim czystkami bardzo niewygodnym partnerem. Podczas gdy w pociągu w Würzburgu młody sympatyk IS wymachiwał siekierą, po niemieckich ulicach ciągnęły pochody tureckich Szarych Wilków, krzyczących „Allahu Akbar”. Doszło do zamieszek. Organy bezpieczeństwa i politycy obawiają się rosnących napięć między tureckimi nacjonalistami, sympatykami kurdyjskiej PKK i innymi przeciwnikami prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. W Republice Federalnej żyje prawie 4 mln Turków. Zaledwie 15 proc. z nich uchodzi za zintegrowanych z tamtejszym społeczeństwem. Napięcia w Turcji przenoszą się tym samym na niemieckie ulice. Tak jak podziały na Bliskim Wschodzie odżywają ze zdwojoną siłą w ośrodkach dla uchodźców. Na meczecie w nadreńskim Hagen wywieszono plakat z napisem: „Zdrajcy nie mają prawa się tu modlić”. Niemieckie państwo także wobec tego wydaje się być bezsilne.

Bagatelizowanie czy nawet tuszowanie przestępstw imigrantów stało się normą, włącznie z poligamią i małżeństwami dzieci, które są tolerowane przez urzędy RFN. Zamachowca z Reutlingen był znany policji i notowany za akty agresji. Sprawcy morderstw honorowych wymachują w sądach Koranem i są przez nie łagodnie traktowani. Państwo prawa przestało działać. Każda opinia, która nie pasuje do „konsensusu” na temat imigrantów jest otwarcie tłumiona, a jego autorzy obkładani „faszystowską” maczugą.

Zanim doszło do zamachów niemiecka policja przeszukała mieszkania 60 podejrzanych o „mowę nienawiści” w 14 landach, którzy wyrażali się na forach internetowych i portalach społecznościowych negatywnie o polityce imigracyjnej i uchodźcach. W celu walki z mową nienawiści niemiecki rząd zatrudnił fundację Amadeu-Antonio, prowadzoną przez Anettę Kahane, córkę znanego enerdowskiego komunisty i propagandysty „Neues Deutschland” Maxa Kahane. Pani Anetta kontynuuje dobra rodzinną tradycję tropienia faszystów i „myślących inaczej”, wypróbowaną w niemieckiej republice ludowej. Na to poświęca się miliony z budżetu. Te kilka łysych pał z infiltrowanej przez niemieckie służby NPD – oto prawdziwe zagrożenie.

„Można oszukiwać wszystkich (ludzi) przez pewien czas, a część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas” – twierdził Abraham Lincoln. Pani kanclerz powinna wziąć sobie tę prostą prawdę do serca. Rysowanie kredkami serduszek na chodnikach Niemcom się kiedyś (po którymś zamachu, bo to, że będą kolejne nie ulega kwestii) w końcu znudzi. Wściekłość i frustrację rozładują na przybyszach z Afryki i Bliskiego Wschodu. W Reutlingen wściekły tłum usiłował zlinczować Syryjczyka, który maczetą zabił Polkę. Policji z trudem udało się temu zapobiec.

Podczas napływu fali uchodźców kanclerz Merkel zadeklarowała, że naród, który jest wrogo nastawiony do „obcych” nie jest jej narodem. Coraz więcej Niemców uważa, że państwo, które nie chce bronić swoich obywateli, swojego systemu społecznego, prawa, kultury i granic – nie jest już ich państwem. Gdy zaufanie między rządzącymi a rządzonymi się całkowicie załamie, Berlin będzie miał większy problem niż tylko islamski terroryzm.

Po Monachium Churchill powiedział: „Będziecie mieli hańbę i wojnę”. Niemcy wybrali hańbę, a wojny i tak nie unikną.