Radykalny Islam czy homofobia? O rozterkach lewicy w obliczu masakry w Orlando. „Problemem jest nietolerancyjny ekstremizm a nie religia”

Fot. PAP/epa
Fot. PAP/epa

„Oświecenie jest martwe, niech spoczywa w spokoju…” – pisze Michel Houellebecq w swojej książce „Uległość”. I trudno nie przyznać mu racji. Zamach w Orlando, dokonany przez 29-letniego syna afgańskich imigrantów Omara Siddiqu’a Mateena, przyprawia szeroko pojętą lewicę o ogromny ból głowy. Przedstawiciel mniejszości etnicznej i religijnej zastrzelił co najmniej 50 przedstawicieli mniejszości seksualnej. Na dodatek deklarował wierność Państwu islamskiemu i krzyczał „allahu akbar!”. Należałoby go potępić, ale jak to zrobić by nie zostać oskarżonym o islamofobię? Jest to zagwozdka przypominająca kwadraturę koła i da się ją rozwiązać tylko przy pomocy sporej dawki semantycznej i intelektualnej ekwilibrystyki.

Amerykański „New York Times” spekuluje, że zamachowiec był zwyczajnym homofobem, samotnikiem, dręczonym w dzieciństwie przez inne dzieci w szkole i w swej desperacji szukał aprobaty dżihadystów dla „osobistego aktu nienawiści”. To, że był synem Afgańczyka, który niegdyś startował w wyborach prezydenckich w tym kraju i usilnie wspierał Talibów, nie ma tu nic do rzeczy. Podobnie jak fakt, że był wierzącym muzułmaninem i co najmniej trzy razy w tygodniu uczęszczał do meczetu, czy to, że utrzymywał kontakty z Monerem Mohammadem Abu Salhą, amerykańskim konwertytą na islam, który dokonał zamachu samobójczego w Syrii. Mateen nienawidził homoseksualistów, bo „amerykańskie społeczeństwo wciąż jest za mało tolerancyjne”. A to ono go w przecież – zdaniem postępowych lewicowych koryfei- wychowało.

Zdaniem innych, z prezydentem Barackiem Obamą włącznie, który w swym przemówieniu po masakrze w Orlando, ani razu nie wypowiedział słowa „islam”, winny jest powszechny dostęp do broni w USA, mimo iż Mateen jako ochroniarz miał pozwolenie na broń i zaostrzenie przepisów nie powstrzymałoby go od jej zdobycia. Lewica robi co może, by nam wmówić, że islam nie ma tu nic do rzeczy, mimo iż w większości krajów muzułmańskich homoseksualizm jest surowo karany, w niektórych (w tym w Iranie i Pakistanie) nawet śmiercią. Na polskim Twitterze można było wręcz przeczytać, że Mateen nie był muzułmaninem tylko ateistą. Bo przecież żaden „prawdziwy” muzułmanin nie posunąłby się do takich czynów.

Ciekawe co by powiedział król Arabii Saudyjskiej, gdzie za homoseksualizm grozi kara śmierci, gdyby dowiedział się, że nie jest „prawdziwym” wyznawcą Allaha. Byłby zapewne bardzo zdziwiony. Podobnie jak trzej mężczyźni, którzy w marcu b. r. w królestwie Maroka dotkliwie pobili dwóch gejów. Sąd szariacki dał im za to kary w zawieszeniu, natomiast ich ofiary zostały skazane na cztery miesiące więzienia za „niedozwolone czyny między osobami tej samej płci” oraz „publiczne zgorszenie”. Homofobia, czy to się podoba lewicy czy nie, jest integralną częścią islamu. Nie bez powodu bojownicy Państwa Islamskiego powołując się na Koran, dokonali egzekucji gejów w zajętym przez siebie irackim Mosulu.

Poglądy na temat homoseksualizmu w islamie opierają się na prawie szariatu, który go zakazuje, oraz słowach proroka Mahometa, który powiedział: „

Jeśli kogokolwiek przyłapano na grzechu podobnym do tego, który popełnili ludzie Lota, należy go zabić

Po śmierci Mahometa jego zięć, Ali ibn Abi Talib, wprowadził za homoseksualizm karę śmierci przez kamieniowanie. Wcześniej strącano homoseksualistów z minaretów. Według ankiety przeprowadzonej w kwietniu b. r. na zlecenie telewizji „Channel 4” wśród brytyjskich muzułmanów - a więc, należałoby założyć, bardziej otwartych na humanistyczną kulturę praw jednostki niż w wioskach Afganistanu - ponad połowa opowiedziała się za penalizacją homoseksualizmu! Fakty jednak nigdy nie przeszkadzały lewicy, dlaczego miałyby jej więc przeszkadzać teraz? Tak Barbara Nowacka zawteetowała po zamachu: „Atak terrorystyczny na społeczność LGBT w Orlando. To tego prowadzą fanatyzm i homofobia”. Czyj fanatyzm? Czyja homofobia? Amerykańska działaczka feministyczna Sally Kohn stwierdziła zaś na Twitterze, że „problemem nie jest religia”. „Problemem jest nietolerancyjny ekstremizm!”. Biorący się oczywiście z powietrza, a może z kosmosu?

To, że taką argumentację serwują feministki jest tym bardziej smutne, iż Omar Saddiqui Mateen był także mizoginistą, który bił swoją byłą zonę i więził ją we wspólnym domu. Ale to zapewne także nie ma nic wspólnego z islamem, gdzie kobiety jak wiadomo cieszą się równymi prawami i obywatelską swobodą, pod ciasno zawiązanym czarczafem. Trzeba powtarzać w kółko, że „przecież nie wszyscy muzułmanie są tacy”, porównywać islamofobię do antysemityzmu. I jakoś to będzie. Zdaniem Houellebecqua to, że lewica ma w kwestii islamu „oczy szeroko zamknięte” wynika z tego, że już dawno porzuciła walkę o równość (płci, klas, orientacji seksualnej) na rzecz obrony „różnorodności” etnicznej, czyli przerzuciła całe swoje zaangażowanie na front bitwy o „multikulti”. Islam i świecka lewica to naprawdę dziwny sojusz, ale taki się najwyraźniej zawiązał. Świadczy o tym choćby fakt, że Omar Mateen, według mediów na Florydzie, był członkiem Partii Demokratycznej.

Idealizacja „obcego” ma na lewicy zresztą długą tradycję. Dla jednych imigrant to „szlachetny dziki”, o którym śnił już Rousseau, niezepsuty jeszcze przez nowoczesność. Drudzy marzą, że przybysze z innych religii i kultur (w domyśle bardziej prymitywnych) doprowadzą do „zmartwychwstania proletariusza „, zgubionego gdzieś w toku wojny kulturowej ostatnich dziesięcioleci. Dużą rolę odgrywają tu także wyrzuty sumienia białego człowieka, byłego kolonizatora, wynalazcę imperializmu, skonwertowanego w propagatora praw człowieka.

Lewica zapomina jednak, że islamiści są przede wszystkim wrogo nastawieni do modelu liberalnej demokracji i hedonistycznego stylu życia, którego oni bronią. I w konsekwencji właśnie oni, jak pokazał zamach na redakcję „Charlie Hebdo”, oraz masakra w Orlando, znajdą się na ich celowniku.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...