Joseph Martin Fischer, 1948, jeden z głównych ideologów przywrócenia historycznie skompromitowanych struktur imperialnych pod mylącą nazwą Unii Europejskiej, napisał ostatnio perswazyjny manifest ideologiczny. Słusznie krytykując brak sensownej wizji strategicznej UE oraz jej dryf cywilizacyjny poprzez zarządzanie od kryzysu do kryzysu, niemiecki polityk ratunek przed katastrofą wywołaną przez niekontrolowany demokratycznie proces integracji widzi w… dalszym brnięciu w groźną dla narodów oraz państw Starego Kontynentu coraz mniej przejrzystą integrację polityczną.

Tekst Fischera warto przeczytać, bo nie jest długi, stanowi natomiast wyrazisty przykład ideologicznej demagogii! Na czym polega zastosowany tutaj myk? Tekst zaczyna się od lapidarnego, ale racjonalnego opisu serii kryzysów, od roku 2008 począwszy. Wszystko w zgodzie z faktami. Później następuje trafna diagnoza odnośnie kompletnej indolencji UE, po czym na etapie formowania wniosków w sprawie metod zaradczych rozsądny dotąd w opisie faktów polityk ujawnia swą prointegracyjną fiksację, rekomendując kontynuację procesu, który w znacznej mierze tę katastrofalną sytuację zrodził.

Mówiąc obrazowo: mleko się rozlało, jabłka pospadały na ziemię i się psują. Co proponuje czerwono-zielony Joschka Fischer? Ano, dobrze by było, powiada, żeby mleko samo wlało się do bańki, a jabłka znów powskakiwały na drzewa. Owszem, pomysł ciekawy, ale słabo realizowalny, bo najpierw trzeba by zmienić fizykę naszego świata, przynajmniej w zakresie siły ciążenia oraz przepływów cieczy. Ale na realną fizykę politycy żadnego wpływu nie mają. Na szczęście.

Po co zatem kontynuować ideologiczną utopię, której nie sposób urzeczywistnić? Utopię, której piewcy i realizatorzy nie dość, że tylu kłopotów ludzkości już przysporzyli, to nadal upierają się przy swym baśniowym projekcie, który - bagatela! - zupełnie nie uwzględnia faktycznej natury człowieka.

Nie chcę obrażać niemieckiego polityka domysłem, że nie potrafi zauważyć fundamentalnego fałszu antropologii, na której oparto rachuby o wymazaniu z mapy Europy państw narodowych i zastąpieniu ich wywiedzionym z pomroki dziejów konceptem paneuropejskiego czy wręcz światowego imperium, które dziś dla uniknięcia skojarzeń z ponurą przeszłością pseudonimuje się terminem ‘globalizacja’. Jeśli jednak Fischer, który w szkole prymusem raczej nie był, nie broni konceptu integracji z prostej niewiedzy, to znaczy, że stręczy narodom Europy polityczne zglajchszaltowanie w ewidentnie złych intencjach. Tertium non datur. „Wymyślmy Europę od nowa” - proponuje podstarzałe dziecko epoki kontrkultury i kontestacji, jakby nie zdając sobie sprawy z tego, że wymyślać można najwyżej programy partyjne, teksty manifestów, ewentualnie listę piknikowych atrakcji, natomiast ksztalt życia setek milionów ludzi to kategoria z zupełnie innego porządku. Czy polityk Fischer naprawdę nie wie, źe takie arbitralne wpływanie na organizację wypraktykowanych przez wieki form i struktur ludzkiego bytowania pachnie zwyczajną uzurpacją? I że w dodatku opiera się na błędnie wyspekulowanej antropologii, lansując rozwiązania, które ignorują realną naturę człowieka?

Jeśli intelektualista i czołowy ideolog unijnego rozwoju popełnia takie niezręcznosci, to jak najszybszy nieeksplozywny rozpad projektu europejskiego będzie dla narodów Starego Kontynentu rozwiązaniem optymalnym. Bo, dodam na marginesie, nie ma przecież żadnych Europejczyków, to tylko taka użyteczna, lecz nadużywana hipostaza. Są natomiast m.in. Anglicy, Czesi, Duńczycy, Estończycy, Finowie, Francuzi, Grecy, Hiszpanie, Holendrzy, Łotysze, Niemcy, Norwegowie, Polacy, Portugalczycy, Słowacy, Słoweńcy, Szwedzi, Węgrzy, Włosi… Ba, są także Baskowie, Katalończycy, Szkoci i Walijczycy. A przecież to jeszcze daleko nie wszystkie narody europejskie.

Stąd tytułowa prośba: Joschka, nie tyj! I może nie sugeruj już ludziom, żeby katastrofę projektu integracji leczyć jeszcze większą porcją integracji.