Angela Merkel: moja partia przegrała, ale ja nie! Tragiczny obraz demokracji w wydaniu niemieckim

fot. PAP/EPA
fot. PAP/EPA

Wyborów landowych w Niemczech nie można porównywać z naszymi samorządowymi, mają bowiem dużo większe znaczenie. RFN jest państwem federalnym, w którym poszczególne regiony (landy) posiadają dużą samodzielność i nieporównywalnie większy zasięg władzy niż nasze urzędy marszałkowskie. Z niedzielnych wyborów w Badenii-Wirtembergii, Nadrenii-Palatynacie i Saksonii-Anhalcie duże partie mogą być niby zadowolone. Tak naprawdę zwycięzcą po nich może czuć się tylko jedna partia – AfD, Alternatywa dla Niemiec – nowe ugrupowanie, które w Niemczech musi się zmierzyć z takim samym ostracyzmem, jak Prawo i Sprawiedliwość w Polsce.

W Badenii-Wirtembergii najwięcej głosów zebrali Zieloni, w Nadrenii-Palatynacie socjaldemokracja, zaś w Saksonii-Anhalcie chadecja, czyli partia kanclerz Angeli Merkel CDU. Dlatego też liderzy tych partii starali się stworzyć narrację swojego zwycięstwa, które udało się zdobyć mimo czasów kryzysu i złych nastrojów spowodowanych nieustannym napływem uchodźców.

Problem jedynie w tym, że taki obraz zdecydowanie mija się z prawdą. Zieloni wygrali w jednym landzie, lecz z analiz politologicznych wynika, że stało się tak w głównej mierze dzięki osobie Winfrieda Kretschmanna, lidera tej partii w Badenii-Wirtembergii, człowieka niewątpliwie obdarzonego polityczną charyzmą, przede wszystkim zaś doskonale rozumiejącego sposób myślenia mieszkańców swojego landu. Jednak członkowie jego własnej partii krytykują go za to, iż jest „za mało zielony”. W Badenii-Wirtembergii wygrali więc nie tyle Zieloni, co Winfried Kretschmann.

Podobna sytuacja miała miejsce w Nadrenii-Palatynacie, z tą różnicą, że tam wygrała Malu Dreyer z SPD, czyli z socjaldemokracji. Dreyer również była lokomotywą, tyle że ciągnącą czerwony pociąg, jednak silny parowóz nie może zamaskować lichych, aczkolwiek pustawych wagonów. W Saksonii-Anhalcie natomiast pierwsze miejsce zdobyła CDU. Udało się jej to ledwo ledwo, tracąc w stosunku do ostatnich wyborów 3 %.

W trzech landach, w których wczoraj odbywały się wybory, CDU straciła łącznie 18% poparcia, Zieloni 6%, a SPD aż 21% (to prawdziwa klęska). Zieloni w dwóch landach ledwo przekroczyli pięcioprocentowy próg wyborczy (mówimy tutaj o marginesie dziesiątek punktów procentowych), natomiast w Badenii-Wirtembergii i Saksonii-Anhalcie SPD jest już tylko czwartą siłą. Dosyć często w komentarzach można przeczytać, że wyborcy ukarali Angelę Merkel za jej politykę ws. uchodźców – wyniki nie do końca jednak pozwalają na taką ocenę wczorajszego dnia. Owszem, CDU straciła dużo, lecz mimo wszystko w jednym landzie wygrała, w pozostałych dwóch jest na drugim miejsce.

CDUSPD od wielu dekad uchodzą za tzw. Volksparteien, czyli partie ludu, które dominują scenę partyjno-polityczną i na zmianę (lub wspólnie, jak obecnie) dzierżą władzę. Można zacząć stawiać pytanie, czy w przypadku socjaldemokracji takie określenie ma jeszcze swoje uzasadnienie. Powstałą lukę na pewno ktoś wypełni, gdyż polityka nie znosi próżni. Pytanie tylko kto?

Tym sposobem dotarliśmy do partii o nazwie „Alternative für Deutschland” (Alternatywa dla Niemiec), nowego tworu powstałego trzy lata temu, wówczas o obliczu gospodarczo liberalnym, światopoglądowo dosyć konserwatywnego i eurosceptycznego. W połowie zeszłego roku wybuchła walka o władzę w AfD, którą przegrał dotychczasowy przewodniczący Bernd Lucke. Pałeczkę po nim przejęła Frauke Petry kierując partię bardziej na prawo. Wczoraj partia ta osiągnęła wielki sukces i startując po raz pierwszy w tych landach w wyborach zyskała kolejno 15,1% w Badenii-Wirtembergii, 12,6% w Nadrenii-Palatynacie oraz niesamowite 24,2% w Saksonii-Anhalcie. Gdyby połączyć wynik tych trzech landów i uznać go za reprezentatywny dla całego kraju, AfD stałaby się trzecią siłą polityczną Niemiec, przed Zielonymi, liberałami z FDP czy skrajną lewicą z „Die Linke”.

Dodając do tego wcześniejsze sukcesy AfD dojrzała w Niemczech do roli poważnego gracza na arenie zmagań politycznych. Nie znajduje to jednak odzwierciedlenia ani w jej pozycji medialnej, ani w ogólnym statusie w kręgu elit czy tzw. establishmentu. W Niemczech długo dyskutowano nad tym, czy przedstawicieli AfD w ogóle zapraszać do programów telewizyjnych. Są bowiem politycy, którzy nie wezmą udziału w audycji, jeżeli będzie w niej ktoś z AfD. W wiadomościach nie mówiono o marszach czy akcjach organizowanych przez AfD – po niemiecku postawę taką znakomicie określa słowo totschweigen, czyli zamilczeć coś na śmierć. Albo też drastycznie pomniejszano ich zasięg lub relatywizowano siłę ich oddziaływania. Brzmi znajomo, nieprawdaż?

Taką postawę argumentowano tym, że AfD jest rzekomo partią skrajnie prawicową, ultranacjonalistyczną, agresywnie eurosceptyczną i w gruncie rzeczy niedemokratyczną. Codziennie można gdzieś przeczytać o brunatnym zabarwieniu AfD, co jest oczywistą analogią do NSDAP. Politycy AfD mają poza tym czelność krytykować Angelę Merkel oraz establishment medialny. Z tego powodu oprócz totschweigen wystawiani są także na drwiny. Rzadko kiedy poświęca im się uczciwą debatę. Czy to również nie brzmi znajomo? Te drwiny ustały jednak już w poniedziałek powyborczy – pewnie powrócą, ale media poczuły, że żarty się skończyły.

Owszem, można mieć zastrzeżenia do niektórych działań AfD. Trafiają się tam ludzie niewątpliwie podejrzani. Zdarzały się bardzo niefortunne wypowiedzi niektórych czołowych działaczy tego ugrupowania, np., że do imigrantów przy granicy w najgorszym wypadku trzeba strzelać. Z pewnością bardziej eksponowane jest to, z czym AfD się nie zgadza, Alternatywa nazywana jest lekceważąco partią protestu – na to lekceważenie nie wolno się nam nabierać. Poza tym od kiedy to w demokratycznym państwie protest społecznym jest godzien potępienia? Przypadki niefortunnych wystąpień można znaleźć w każdej partii. Co więcej, kiedy formowała się postkomunistyczna partia Die Linke, w której szeregach zasiadają byli członkowie SED (czyli wschodnioniemieckiego odpowiednika PZPR), a zatem współtwórcy reżimu katującego własnych obywateli, krzyk establishmentu był jedynie małym piśnięciem, ledwo – o ile w ogóle – słyszalnym. Dlaczego lewicowy radykalizm miałby być lepszy od prawicowego?

Czy AfD jest rzeczywiście partią ekstremalną? Wielu niemieckich komentatorów właśnie to sugeruje. Po wczorajszych wyborach sekretarz generalny CDU Andreas Tauber powiedział, że powinniśmy się „martwić” wynikiem AfD (tak samo, jak powinniśmy się martwić wynikiem PiS-u…). Jeśli jednak spojrzymy na analizę wyborców nowej partii, sugestie te się nie potwierdzają, gdyż do AfD w równej mierze przechodzili byli wyborcy CDU, SPD jak i Zielonych. Owszem, ok. 10% wyborców Aternatywy może mieć zabarwienie brunatne. AfD udało się przede wszystkim zmobilizować tych, którzy w ostatnich latach nie chodzili już do urn. Dlatego też wczoraj wyborcza frekwencja było znacznie wyższa (ok. 70 proc.). Z tego wynika, że AfD wybrali przede wszystkim ci, którzy chcą (dobrej) zmiany.

Nawet jednak mimo osiągnięcia wczoraj przez AfD dobrych wyników, telewizja publiczna (a raczej de facto państwowa) ZDF rysując możliwe koalicje w trzech landach, w których właśnie odbyły się wybory, w żadnej konstelacji nie wzięła pod uwagę współrządzenia AfD, mimo iż partia ta zajęła dwa razy trzecie, a raz drugie miejsce. Tuż po ogłoszeniu wyniku wyborów ZDF zaprosiła to studia przedstawicieli tylko pięciu partii – CDU, Zielonych, SPD, Die Linke oraz CSU (która w żadnych z landów nie stanęła do wyborów). Nie zaproszono zaś nikogo z AfD ani liberałów z FDP, którzy w dwóch landach przekroczyli próg wyborczy. Puszczono jedynie nagraną wcześniej krótką wypowiedź szefowej AfD Frauke Petry, którą unisono potępiło pięciu gości w studio. Czy tak wygląda demokracja i pluralizm medialny? Tego mamy się uczyć od Niemców, którzy tak chętnie z podniesionym do góry palcem chcą nam wpajać „europejskie wartości”?

Kanclerz Angela Merkel powiedziała w ZDFARD kilkanaście godzin po wyborach znamienne zdanie: „Co prawda moja partia przegrała, ale zwyciężyła moja linia polityczna.” Tak mógłby powiedzieć prawdziwy dyktator! To świadczy tylko o tym za kogo ma się sama pani Merkel, a za kogo ma swoich niby kolegów politycznych – za sługusów jej linii politycznej. Dodała jeszcze: „Nie widzę powodu by zmieniać swoja politykę.” To niestety nie wróży dobrze ani Niemcom. ani Europie.

Tymczasem prawdą jest, że od lat człowiek o poglądach konserwatywnych nie miał w Niemczech na kogo oddać swego głosu. Thomas Oppermann, szef klubu parlamentarnego SPD, słusznie wczoraj zauważył, że jego partia ma słabszy wynik m.in. dlatego, że tzw. chadecja z CDU pod wodzą Angeli Merkel coraz bardziej przesuwa się na lewo, zaś „propozycję” szefowej Zielonych, Katrin Göring Eckardt, można właściwie tylko wyśmiać. Zdziwiona sukcesem AfD powiedziała ona bowiem tak: „Przecież konserwatysta to ktoś, dla kogo ważne są wartości, no to przecież może wybrać Zielonych!”. Otóż konserwatysta nie utożsami się raczej z małżeństwami homoseksualistów, marginalizacją Kościoła, forowaniem transnarodowości czy socjalistyczną gospodarką, co przecież postulują Zieloni. Establishment niemiecki nie jest jednak w stanie tego zrozumieć. Za to wyborcy go wczoraj skarcili.

Adam Sosnowski

Autor jest redaktorem prowadzącym miesięcznik „Wpis”, komentatorem politycznym i germanistą.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...