W czapce SS. My, Polacy, naród degeneratów, których uzdrowić może jedynie kuracja wstrząsowa

Fot. sxc.hu
Fot. sxc.hu

Zawrzało! I to jak zawrzało! Po wypowiedzi bądź co bądź dyrektora amerykańskiej agencji rządowej, Federalnego Biura Śledczego (FBI) Jamesa Comeya, który zrobił z nas współsprawców eksterminacji Żydów, między Odrą a Bugiem rozległo się święte oburzenie. Że Comey to „cham, ćwok, nieuk, swołocz i woda na młyn odwetowców z Bonn!”…

Zadziwiające to… oburzenie. Najpierw było sukcesywne przyprawianie w mowie, piśmie, na ekranach telewizorów i kin własnemu narodowi antysemickiej gęby, a teraz jest lament, że trzeba walczyć ze stereotypami i bronić naszego imienia!

Ubolewam, że głupie słowa padły z ust poważnego, oficjalnego przedstawiciela wielkiego państwa,

— skomentował Władysław Bartoszewski z żonkilem w klapie. Sekretarz stanu w kancelarii premiera czeka na przeprosiny Amerykanów za tę - cytuję - „durnotę”. Ciekawe… Czy były szef polskiej dyplomacji nie powinien najpierw sam przeprosić za swoje, przepraszam, „durne” wypowiedzi, którymi przyczyniał się do utrwalania w szerokim świecie stereotypu Polaka żydożercy? Dla przypomnienia:

Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Jeżeli niemiecki oficer widział mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania mnie, nie musiałem się niczego bać. Ale gdy polski sąsiad zauważył, że kupiłem więcej chleba, niż przyjęto, tego musiałem się bać

— zwierzał się swego czasu polski minister niemieckiemu dziennikowi „Die Welt”. Pominę takie kwiatki jak np. porównanie PiS do neonazistowskiej partii NPD, za co de facto później Bartoszewski w Polsce przeprosił, ale do niemieckich czytelników to sprostowanie już nie dotarło.

Gdyby Comey był cwany, miał w nosie politykę i sojuszniczą Polskę, mógłby kazać swoim ludziom z FBI zebrać całe mnóstwo podobnych wypowiedzi różnych promis z naszego kraju i w odpowiedzi na wezwanie ambasadora USA w Warszawie na dywanik do MSZ odpalić kolejną racę: „o co ten cały raban, przecież ja oparłem się na opiniach waszych rodaków…?”

Cechy charakterystyczne społeczeństwa polskiego to: alkoholizm, nieuczciwość, brak tolerancji względem inaczej myślących, nieposzanowanie pracy, zarówno cudzej jak i własnej. Wypadałoby zapytać, czy takiemu społeczeństwu przysługuje miano chrześcijańskiego…

— pisał inny „ambasador” polskości, wywindowany na piedestał pierwszego moralisty PRL i RP łajdak Andrzej Szczypiorski. O zmarłych nie mówi się źle, ale w jego przypadku czynię odstępstwo, bo jak nazwać kogoś, kto aż do upadku komunizmu był szpiclem bezpieki, donoszącym nawet na swych rodziców (pomagał esbekom w założeniu podsłuchu w ich mieszkaniu), co wyszło na jaw dopiero po jego śmierci? Za życia to moralne zero zapraszane było na salony, także w Niemczech, gdzie uchodził za „sumienie” narodu polskiego, i gdzie notabene wyróżniono go Federalnym Krzyżem Zasługi za „wkład w polsko-niemieckie pojednanie”…

Kolejny „demaskator” polskiego żydożerstwa Jan Tomasz Gross, syn komunisty, emigrant do USA, historyk-amator uczynił z oczerniania Polski i Polaków sposób na zarabianie pieniędzy: treblinkowe „Złote żniwa”, „Sąsiedzi”, jedwabneński „Strach - antysemityzm w Polsce po Auschwitz” i inne…, zaiste, imponujący dorobek, doceniony przez samego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który uhonorował twórczość Grossa Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Inni sobie na tak wysokie odznaczenia jeszcze nie zasłużyli, ale starają się. Jak np. literaturoznawczymi Elżbieta Janicka, która - co wychwalała pod niebiosa „Gazeta Wyborcza” - wyłowiła z „Kamieni na szaniec”:

antysemityzm przedwojennych formacji harcerskich, a z analizy języka powieści - prawdopodobny homoseksualizm pary głównych bohaterów: Tadeusza Zawadzkiego, pseudonim „Zośka” i Jana Bytnara, pseudonim „Rudy”.

Dr Janicka z Polskiej Akademii Nauk stała się bardziej znana niż sam autor tej dawniej żelaznej pozycji w kanonie lektur szkolnych Aleksander Kamiński, który pisał o swojej książce:

Odczuwałem to tak, jakbym był medium, przez które wypowiada się jakaś wielka siła, siła podstawowych wartości…

Wartości - rzecz, jak widać, względna i ulegająca zmianie. Tygodnik „Przykrój”, którego nikt już nie chciał czytać, zrobił cover story pt. „My, Polacy, zabójcy Żydów”. Aby było bardziej efektownie, umieścił na okładce płonącą gwiazdę Dawida na tle biało-czerwonej flagi. Kto jeszcze tego nie wiedział, ten się dowiedział, że my, Polacy, ponosimy zbiorową współwinę za getta, obozy koncentracyjne i komory gazowe. Z kolei we wrocławskim wydaniu „Gazety Wyborczej”, osiadły w Polsce imigrant z Niemiec, profesor nauk społecznych Klaus Bachmann nie tak dawno wywodził:

Skończmy walkę z >>polskimi obozami<<. Bo zaszkodzi Polsce,

co też redakcja uwypukliła w tytule. Dlaczego powinniśmy „skończyć”? Bo jeśli ktoś mówi czy pisze o „polskich obozach” to nie ma złych intencji, a walka z tym nic nie daje, poza pretekstem do przypomnienia nam o Berezie Kartuskiej czy Akcji „Wisła”. A poza tym, co sugerował Bachmann, obozy w Polsce powstawały nie bez przyczyny… i wyjdzie na to, że:

Polacy nie potrafią spojrzeć z dystansem na własną przeszłość”.

Aż żal serce ściska, że nikt nie podsunął reżyserowi Philippowi Kadelbachowi przed realizacją „Naszych matek, naszych ojców” nazwisk kilku ekspertów znad Wisły, którzy pomogliby mu rozbudować sekwencje  z polskimi złodziejami, zwyrodnialcami i antysemitami z AK. Nic straconego, może jeszcze Kudelbach nakręci coś o bohaterskich, niemieckich budowniczych państwa prawa w Polsce i utrudniających im życie polskich zboczeńcach-nacjonalistach, np. z Szarych Szeregów.

Jakie znaczenie miał dla samych Niemców serial o ich „matkach i ojcach”? Pisało wielu ze mną włącznie, więc nie będę powtarzał. Jakie znaczenie miała w naszym kraju premiera filmu „Powstanie Warszawskie”, który nie jest fabularnym zlepkiem zmyślonych historii, lecz obrazem zmontowanym z archiwalnych zdjęć z 1944 roku? Ani prezydent Bronisław Komorowski, ani wtedy jeszcze premier Donald Tusk nie pojawili się na gali w Teatrze Wielkim. Pierwszy gościł w studiu Polskiego Radia na koncercie przebojów Radia Luksemburg, drugi bawił na Śląsku. Niech sobie chodzą na takie fety pisowcy, z tym swoim nadętym, śmiesznym poczuciem dumy narodowej… Cały ten etos walki wyzwoleńczej to po prostu obłęd, frajerstwo, głupota i mitomania, czego dowodził inny „autorytet”, prof. Radosław Markowski, który wie, co należało zrobić np. w 1939r.:

„Ano poddać się rozsądnie”…

Zeszmacić, zdeptać i pozbawić poczucia godności, bo przecież Polacy to degeneraci, których uzdrowić może jedynie kuracja wstrząsowa lub już tylko odmóżdżenie… Patriotyzm nie jest „cool”, patriotyzm jest dziś „passe”, podobnie jak obrona naszego dobrego imienia. Jest akcjonizm, są okazjonalne reakcje na skandaliczne wypowiedzi prominentów zza granicy, będące niczym innym, jak tylko rezultatem tworzenia nowej polskiej narracji, w której z konstytucyjnej dewizy „Bóg, honor, ojczyzna” wykreślane są kolejne słowa. Nie ma się zatem czemu dziwić „przejęzyczeniu” prezydenta USA Baracka Obamy, czy wypowiedzi Comeya - mówią, co zakodowało im się w ich zbiorowej pamięci, „z niewielka pomocą przyjaciół” z Polski.

Kolejne przeprosiny z Białego Domu, z FBI, zewsząd, w tym - o paranojo! - niemieckich mediów rozpowszechniających określenie o „polskich obozach koncentracyjnych”, zdadzą się psu na budę. Kancelarie prezydenta i premiera mogą sobie nimi tapetować ściany, nikt na świecie tego nie przeczyta. Eksportowe szlagiery naszych „apologetów” prawdy o rzekomym polskim antysemityzmie - owszem, są czytane. Kto nie lubi książek, może obejrzeć parę filmów, jak „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, zrealizowane z udziałem TVP, Canal+ Polska, Apple Film Production, słowackiego Attack Filmu, rosyjskiego Metrafilms i holenderskiego Topkapi Films, a wyróżnione na Jerusalem Film Festival 2013 nagrodą Instytutu Yad Vashem. A jeśli komuś nie chce się gapić w ekran na nasze bestialstwo przez aż 107 minut, wystarczy że rzuci okiem na fotografię Michała Kwiatkowskiego, pisarza znanego także z łamów „Polityki” i „Wprost”, który wystąpił właśnie publicznie w czapce z naszytymi piorunami SS.

Kwiatkowski nikogo nie obraża. Tak jak niemiecki dziennik „Die Welt”, oskarżony przez Zbigniewa Osewskiego, wnuka więźnia Auschwitz za używanie fałszujących historię określeń „polski obóz koncentracyjny”. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił jego pozew, ponieważ - jak uznał - redakcja nie naruszyła bezpośrednio dobra osobistego oskarżyciela. Projekt ustawy w sprawie odpowiedzialności karnej za zniesławienie narodu polskiego leży w sejmowej zamrażarce i jest blokowany przez posłów koalicji rządowej.

I słusznie, wszak polskość to po prostu nienormalność…

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Autor

Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych