Łukaszenka nie chce na kremlowską trybunę i otwiera pole do gry. Czy Zachód ją podejmie?

Fot. Okras/CC/Wikimedia Commons
Fot. Okras/CC/Wikimedia Commons

To jest informacja, której wagi nie sposób przecenić. Otóż Aleksander Łukaszenka nie będzie 9 maja uczestniczył w obchodach Parady Zwycięstwa w Moskwie. Stosowne wieńce złoży tam wcześniej, ale 9 maja chce być w Mińsku. Tam będzie odbierał swoją własną defiladę…

Dla wszystkich, którzy wiedzą jakie znaczenie przywiązuje Kreml do maksymalnej celebracji 9 maja, jak bardzo ważne jest dla Moskwy aby ten dzień był manifestacją jedności „ruskiego mira” (a najlepiej w ogóle całej przestrzeni poradzieckiej) skupionego wokół Rosji oczywiście, jest jasne że mamy do czynienia z bardzo znaczącą demonstracją. Nie pierwszą. Łukaszenka chce zachować władzę. Chce być dyktatorem, ale suwerennym. I boi się powtórzenia wobec Białorusi scenariusza donbaskiego lub krymskiego. Tym bardziej , że rosyjscy nacjonaliści już przypominają, iż Witebsk i Homel zostały w latach 20. odłączone od radzieckiej Rosji i przyłączone do radzieckiej Białorusi wbrew woli miejscowych komunistycznych, rosyjskojęzycznych elit – tak jak potem Krym…

W ciągu ostatnich paru miesięcy władca z Mińska wykonał wiele i gestów, i realnych posunięć obliczonych na zwiększenie niezależności od Moskwy. Jest to polityka trudna, bo Białoruś jest od Rosji uzależniona gospodarczo; sam Łukaszenka długo wspierał pomysły reintegracji przestrzeni poradzieckiej, a w dodatku na Białorusi stacjonują przecież rosyjskie wojska. A mimo to Łukaszenka nieformalnie zakazuje noszenia „georgiewskiej lentoczki”, czyli wstążki która stałą się ostatnio symbolem rosyjskiego imperium. Dyskretnie wspiera opór Kijowa, dystansuje się od „republik” donieckiej i ługańskej. Wyraźnie szuka kontaktu z Zachodem. A teraz odmawia uczestnictwa w moskiewskiej paradzie.

Zachód stoi przed realną szansą zmiany na swoją korzyść sytuacji na obszarze, który Kreml uważa za swój. Ceną musiałaby być, oczywiście, rezygnacja ze wspierania tych sił na Białorusi, które dążą do szybkiego obalenia „batki”. I w jakiejś mierze przymknięcie oczu na dyktatorski charakter mińskiego reżimu. „W jakiejś mierze” – bo Łukaszenka jako realista wie, że w pewnym stopniu będzie musiał poluzować śrubę, gdyż jeśli Zachód miałby zacząć z nim grać, to owo poluzowanie będzie mu niezbędne, ze względów choćby PR-owskich.

Na przestrzeni poradzieckiej mamy dwie dyktatury. Rosyjską, opierającą się na imperializmie, który nie ukrywa swego antyzachodniego ostrza. I białoruską – wsobną, opierającą się na chęci utrzymania Białorusi jako w jakiejś mierze unikatowego modelu poradzieckiego skansenu, ale skansenu niepodległego, i nie zagrażającego nikomu poza swoimi granicami.

W okresie zimnej wojny Zachód potrafił wchodzić w przykre sojusze z dyktaturami, których jedyną zaletą był antykomunizm. Ba, jedna z nich – Turcja – została wręcz przyjęta do NATO. Pytanie, czy dziś postrzega on Moskwę jako zagrożenie na tyle istotne, że usprawiedliwiające podobny manewr.

Tego nie wiem, ale sądzę, że przynajmniej Polska, w największym stopniu zainteresowana tym, aby Rosja nie zdobyła trwałej dominacji na wschód od naszych granic, powinna poważnie rozważyć tę sytuację. Były polski charge d’affaires w Mińsku Witold Jurasz uważa, że dobrym posunięciem mogłaby być obecność 9 maja w Mińsku ministra spraw zagranicznych RP – jako manifestacja poparcia dla Białorusi i dla jej nieobecności tego dnia w Moskwie. A także dla zademonstrowania, że Polska bojkotuje putinowską celebrę, a nie 9 maja jako święto ważne dla wszystkich krajów dawnego ZSRR. Być może to dobry pomysł.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...