Od miłości do nienawiści jest ponoć tylko jeden krok. Tak może być w relacjach między ludźmi, ale jeśli tego typu sentymenty pojawiają się w ocenie postępowania światowych przywódców i polityki ich państw, to mamy do czynienia z gigantycznym nieporozumieniem i dziecinadą.

Wygląda na to, że się właśnie dzieje w przypadku Viktora Orbána, węgierskiego premiera, do niedawna wskazywanego na polskiej prawicy jako wzór.

Ten pierwszy sentyment, owocujący m.in. organizowanymi przez „Gazetę Polską” wyjazdami na Węgry, był zresztą równie emocjonalny i przesadzony co obecny antysentyment.

Niewielu wielbicieli Orbána znało Węgry, choćby turystycznie, i rozumiało panujące tam nastroje. Niewielu znało polityczną drogę Węgier po 1989 r., pozbawioną choćby takich typowych dla Polski elementów jak procesy komunistycznych zbrodniarzy i funkcjonariuszy. Niewielu rozumiało, jakimi metodami pracował nad swoją pozycją Orbán. Ocena jego przywództwa tkwiła w schematach tak uproszczonych, że aż nieprawdziwych.

Węgierski premier jest nadal niewątpliwie najwybitniejszym przywódcą w Europie Środkowej, a do swojej pozycji dochodził z jednej strony ciężką pracą, z drugiej – polityczną brutalnością, przejawiającą się choćby w bezwzględnym kształtowaniu swojego medialnego otoczenia. Ale, co ważne, kształtowaniu skutecznym.

Już od jakiegoś czasu Orbán brał coraz bardziej antyliberalny kurs, określając go ostatecznie w swoim słynnym rumuńskim wystąpieniu. To nie było zaskoczenie dla tych, którzy obserwowali prowadzoną przez niego politykę od dawna. Zwolennicy prawej strony znali ją jednak tylko na wyrywki i dlatego ich emocjonalny podziw dla Orbána był tak powierzchowny. Co zaś najważniejsze, opierał się na wpisaniu polityki Budapesztu w nasz warszawski schemat. Proste rozumowanie szło zapewne tak: Orbán rozgromił lewicę, jest konserwatystą, znaczy – jest nasz, znaczy – jest naszym dozgonnym przyjacielem, czyli ma i zawsze będzie miał identyczny stosunek do Rosji jak my.

Gdy Budapeszt zaczął zbliżać się do Moskwy, co stało się szczególnie widoczne w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę, w Polsce na prawicy zaczęło narastać rozczarowanie, które obecnie przybrało już groteskową formę pełnych emocji żalów, pretensji – wypisz wymaluj symptomy zawiedzionej miłości.

Kulminacją tego były dwa żenujące akcenty dzisiejszej wizyty Orbána w Warszawie.

Pierwszy, gdy otoczenie pani premier dało do zrozumienia, że Ewa Kopacz skarciła węgierskiego premiera za rozbijanie jedności naszego regionu. Już samo zestawienie Orbána z Kopacz wypada druzgocąco dla tej ostatniej, a pomysł, że mogłaby ona Orbána stawiać do pionu, jest po prostu groteskowy. To tak, jakby szatniarz w „Małej ziemiańskiej” zaczął krytykować wiersze Wierzyńskiego.

Nie mniej groteskowa była demonstracyjna odmowa spotkania się z Orbánem przez Jarosława Kaczyńskiego. Ewentualny przyszły premier i przywódca największej partii opozycyjnej stracił w ten sposób okazję, aby swojemu potencjalnemu arcyważnemu partnerowi wskazać argumenty za zmianą kursu, pokazać swój punkt widzenia, dowiedzieć się z pierwszej ręki czegoś o jego motywacjach, a wreszcie po prostu podtrzymać ważny kontakt. Trzeba przy tym zauważyć, że dla Orbána ten gest nie znaczy literalnie nic. Innymi słowy – zamiast przedstawić węgierskiemu premierowi alternatywną wobec zbliżenia z Moskwą propozycję, polscy politycy, mogący się pochwalić jedną dziesiątą jego osiągnięć, postanowili wytargać Orbána za uszy. Tak żenującego spektaklu dawno nie oglądałem.

Oczywiście z naszego, polskiego punktu widzenia węgierski romans z Putinem i jego reżimem jest niekorzystny. Zapominamy jednak, że premier Węgier patrzy na sprawy z węgierskiego, nie polskiego punktu widzenia i dlatego głosują na niego węgierscy wyborcy. Viktor Orbán realizuje interes swojego państwa tak, jak go najlepiej rozumie.

Możemy oczywiście ten kurs krytykować, bo i jest on niezmiernie ryzykowny. To jednak temat na całkiem inną, spokojną i rzeczową analizę. Warto przy tym pamiętać, że Orbán został niejako wepchnięty w rosyjskie objęcia przez samą Unię, w tym szczególnie przez Niemcy, które jednak starają się ostatnio zapobiec całkowitemu wpadnięciu kraju nad Dunajem w rosyjską strefę wpływów, czego dowodem była niedawna wizyta kanclerz Merkel w Budapeszcie.

Zauważmy jednak, że Orbán osiągnął swój prawdopodobnie zakładany cel: pokazał Berlinowi, że ma się do kogo zwrócić, sprawił, że zabiegają o niego dwa ważne centra i zapewnił sobie dobrą pozycję przetargową. Choć – powtórzę jeszcze raz – jest to kurs niezmiernie ryzykowny, również z punktu widzenia polityki wewnętrznej. Wszak pamięć o rosyjskich zbrodniach na Węgrzech z 1956 r. była jednym z fundamentów polityki Orbána.

W ubiegłym roku pod świeżo wyremontowanym Placem Kossutha przed parlamentem, gdzie w 1956 r. Sowieci strzelali do Węgrów, otwarto nowoczesne mauzoleum, miejsce pamięci, które zastąpiło dawny skromny pomnik na powierzchni placu.

Trzeba też jednak pamiętać, że historia Węgier różni się od polskiej. Sowieci nie są postrzegani jako sojusznicy, ale Zachodowi Węgrzy pamiętają traktat z Trianon, który wciąż odgrywa w węgierskiej polityce znaczącą rolę za sprawą gry o pokaźne węgierskie mniejszości w Rumunii, na Słowacji i na Ukrainie, których istnienie jest jego skutkiem. Tkwi też w Węgrach żal do Zachodu, a szczególnie do Waszyngtonu, za rok 1956 – za pozostawienie węgierskiego powstania samemu sobie i bierne przyglądanie się, jak jest pacyfikowane przez sowieckie czołgi.

Warto więc postarać się spojrzeć na sytuację na spokojnie, uwzględniając węgierski punkt widzenia. Zaś zamiast wykonywać śmieszne i infantylne gesty, lepiej się z Orbánem spotykać i rozmawiać, bo – czy się to komuś podoba czy nie – jest dziś najsilniejszym przywódcą w regionie.