Wynik szczytu nie jest żadnym polskim sukcesem. Polityka klimatyczna UE jest zaostrzana. Dzieje się to naszym kosztem

fot. PAP/EPA
fot. PAP/EPA

Konkluzje szczytu w Brukseli i nałożone na Polskę w jego wyniku zobowiązania są porażające. Ale nie mniej porażająca jest alternatywna rzeczywistość, którą natychmiast zaczęła kreować PO przy współudziale chętnie ją wspierających mediów. W tej alternatywnej rzeczywistości Polska odniosła wiekopomny sukces.

Niektórzy dziennikarze i komentatorzy sugerowali, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, czy wynik szczytu jest dla nas bardzo korzystny, czy może mniej, bo materia jest trudna i ekspercka, a prawda „zapewne leży gdzieś pośrodku”. To nieprawda. W swoich najważniejszych ustaleniach konkluzje szczytu są jasne i jednoznaczne, po oddzieleniu unijnej nowomowy do zrozumienia dla każdego.

Pierwsza i zasadnicza kwestia to naczelny cel: zmniejszenie emisji CO2 o 40 proc. w relacji do - uwaga! - roku 2005.Do tego zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii do 27 proc. do 2030 r. Ten ostatni cel - tu eksperci są od dawna zgodni - jest w polskich warunkach nie do osiągnięcia. Wątpliwy był nawet wcześniej wyznaczony cel 20 proc. (do 2020 r.). Polska nie ma po prostu warunków naturalnych, umożliwiających wytworzenie takiej ilości energii z OŹE. Skutek może być tylko jeden: będziemy musieli kupować energię wytwarzaną ze źródeł odnawialnych za granicą, najpewniej w Niemczech.

Fatalny dla nas jest obowiązujący już wcześniej punkt odniesienia w postaci 2005 r. Polska wykonała olbrzymią pracę począwszy od roku 1989 i gdyby punktem startowym był rok 1990, prawdopodobnie nie mielibyśmy problemów z osiągnięciem celów. Im późniejsza data odniesienia, tym dla nas gorzej. Następny niekorzystny zapis do wprowadzenie od 2021 r. podwyższonego (z 1,74 do 2,2 proc.) rocznego celu redukcji. Jest to traktowane jako instrument dojścia do ostatecznego celu, ale przecież oznacza to nałożenie na Polskę kolejnego obciążenia w postaci sztywnej wartości redukcji rocznej.

Wprowadzony został cel 30-procentowej redukcji emisji CO2 dla sektorów nieobjętych systemem handlu pozwoleniami na emisję - opozycja słusznie alarmuje, że może to objąć m.in. rolnictwo czy budownictwo. Rząd chwali się jedynym osiągnięciem, którym pochwalić się może, czyli systemem pozwoleń na emisję, przeznaczonych do bezpłatnej dystrybucji. Kluczowe jest tutaj kryterium udziału w tym systemie. Konkluzje mówią o PKB per capita na poziomie poniżej 60 proc. średniej unijnej. Z tym że Polska - w zależności od sposobu liczenia - albo już ten próg przekracza, albo niewiele jej brakuje. Co będzie, jeśli go przekroczymy?

Konkluzje precyzują w przypisie do punktu 2.7: „Wszystkie odniesienia do PKB dotyczą 2013 r. i są wyrażone w EUR w cenach rynkowych”. Rząd interpretuje ten zapis w wygodny dla siebie sposób, że aż do końca działania systemu (2030 r.) obowiązuje obecny skład grupy państw uprawnionych do bezpłatnego przydziału pozwoleń. To jednak wątpliwe. Przypis jest umieszczony przy punkcie mówiącym o nowej rezerwie obejmującej 2 proc. uprawnień, przeznaczonej dla krajów ze „szczególnie wysokimi potrzebami nowych inwestycji i niskich dochodach”. Wcześniej w dokumencie widnieje jednak punkt 2.5, który ma dla nas większe znaczenie, bo on właśnie mówi o podstawowym systemie bezpłatnych pozwoleń.

Tam pojawia się identyczna definicja państw uprawnionych (poniżej 60 proc. średniego PBK per capita w UE), ale tutaj przypisu nie ma! Gdyby wspomniane kryterium miało dotyczyć całego dokumentu i wszystkich ustaleń, przypis pojawiłby się w pierwszym możliwym miejscu i zastosowano by w nim sformułowanie „w całym dokumencie”. Tak jednak nie jest, a więc mamy - typową dla Unii - możliwość luźnej interpretacji zapisów. A to, co nie jest powiedziane wprost, jest tak jakby nieobecne. Idealnym rozwiązaniem byłby natomiast aneks, enumeratywnie wyliczający kraje, które są uprawnione do udziału w systemie, ale taki dodatek do konkluzji z jakiegoś powodu nie powstał. Zapewne właśnie dlatego, że to nie dawałoby już pola manewru.

Ponadto system pozwoleń ma działać do 2030 r., czyli do docelowej daty redukcji. Co dalej - nie wiadomo. Jednak zgodnie z obecnymi konkluzjami, dodatkowe pozwolenia w żaden sposób nie łagodzą ostatecznych skutków pakietu dla polskiej energetyki i gospodarki.

Wynik szczytu nie jest żadnym polskim sukcesem. Korzyści, jakie udało nam się uzyskać, są na tyle niewielkie w porównaniu z kosztami, jakie będziemy musieli ponieść, że w gruncie rzeczy to porażka, jeżeli nie klęska. Jest oczywiście pytanie, czy można było zrobić coś innego, a przede wszystkim, czy Ewa Kopacz mogła i powinna była faktycznie sięgnąć po weto.

Ogólna zasada brzmi, że weta należy unikać, bo co prawda może ono dać zwycięstwo, ale zawsze dzieje się to jakimś kosztem przy kolejnych ważnych negocjacjach. Najlepiej zaś ustawiać sprawy tak, aby z weta w razie potrzeby skorzystał ktoś inny, działając zrazem w naszym interesie. Gdybyśmy w czwartek postawili weto w Brukseli, zrobilibyśmy prezent kilku krajom z naszego regionu. W tym jednak wypadku tak właśnie trzeba było uczynić, biorąc na siebie odium troublemakera, bo sprawa ma dla Polski znaczenie absolutnie fundamentalne. Tyle że to wymagałoby odwagi przeciwstawienia się planowanemu przez nasilniejszych w UE kształtowi polityki klimatycznej. Trudno było choćby przez moment podejrzewać Ewę Kopacz o tę odwagę albo choć o dostateczne zrozumienie konsekwencji podjętych postanowień.

W tym wszystkim nie powinna nam ginąć z oczu kwestia ogólnej oceny polityki klimatycznej Unii Europejskiej - polityki sprowadzonej do roli nowej świeckiej religii. Tę bezrefleksyjną, całkowicie bezsensowną w światowym kontekście i szaleńczą w skutkach dla obywateli politykę napędzają trzy motory: interesy, ideologia i potrzeba polityczna.

Interesy nie są trudne do rozszyfrowania. O tym, że prawdopodobnie będziemy musieli kupować od Niemców energię z odnawialnych źródeł, już wspominałem. Niemcy bardzo chętnie sprzedaliby nam również technologię OŹE, Francuzi zaś technologię budowy elektrowni jądrowych, które w kontekście pakietu będą absolutnie niezbędne (a które i tak powinny w Polsce powstać).

Ideologia to środek napędowy lewackich środowisk, które tradycyjnie nie interesują się skutkami swoich idiotycznych pomysłów dla ludzi. Ich presja jest olbrzymia. Politycy na tym korzystają, robiąc z walki z rzekomym ociepleniem klimatu siłę napędową swoich kampanii. To wygodne wobec pustki ideowej, jaką prezentuje wielu z nich w kluczowych obszarach.

Już dawno temu zaczęły pojawiać się opinie, kwestionujące opłacalność polityki klimatycznej, prowadzonej przez Unię. Kilka lat temu, gdy Solidarna Polska rozpoczęła bardzo interesującą konferencją swoją kampanię przeciwko pakietowi energetyczno-klimatycznemu, niemal wszyscy obecni na spotkaniu w Katowicach eksperci potwierdzali, że szacunki, dotyczące powstawania nowych miejsc pracy w wyniku wdrożenia pakietu, są wzięte z sufitu. To wishful thinking.

Mimo wszystkich zastrzeżeń polityka klimatyczna UE jest forsowana i zaostrzana. Dzieje się to naszym kosztem, bo przecież za kilka lat przełoży się całkiem odczuwalnie na płacone przez nas rachunki. Być może wtedy ten i ów przypomni sobie o Ewie Kopacz (która, mam nadzieję, będzie już wtedy polityczną przeszłością) i jej bredzeniu, że w 2014 r. odnieśliśmy wielki sukces oraz - to cytat z pani premier - na Polskę nie nałożono żadnych nowych obciążeń.

——————————————————————————————————-

Dobra lektura na weekend!

E - wydanie tygodnika „wSieci”- to wygodna forma czytania bez wychodzenia z domu, na monitorze własnego komputera. Dostępne są zarówno wydania aktualne jak i archiwalne.

Wejdź na: http://www.wsieci.pl/e-wydanie.html i wybierz jedną z trzech wygodnych opcji zakupu.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...