Lecącego z Amsterdamu malezyjskiego boeinga zestrzelono na rozkaz z Moskwy, a jako cel ataku brano również pod uwagę polski samolot – twierdzi Andriej Iłłarionow, rosyjski ekonomista, który w latach 2000-2005 był doradcą Władimira Putina.

Gdy gruchnęła wieść, że zestrzelono pasażerski samolot nad wschodnią Ukrainą, na Kremlu, jak mówi Iłłarionow, pojawiło się zadowolenie z wypełnienia rozkazu.

Ten zamach terrorystyczny był zaplanowany. (…) Zestrzelono go na rozkaz. Informacje, które od czwartku do nas spływają, jednoznacznie wskazują, że żadna z obowiązujących wersji wydarzeń nie jest prawdziwa. Jedyna wersja, która znajduje potwierdzenie w faktach, to ta o celowym dokonaniu zamachu terrorystycznego z rozkazu najwyższych władz rosyjskich

— stwierdza w wywiadzie dla „Super Expressu” b. doradca Putina, wcześniej współpracownik premiera Wiktor Czernomyrdina, a obecnie analityk Cato Institute

Krążą opowieści jakoby separatyści mieli zestrzelić cywilny samolot przez pomyłkę. Miało im się wydawać, że to ukraiński samolot transportowy. Tylko że maszyny, których używa ukraińska armia, latają na wysokości do 7,7 tys. metrów i z prędkością do 540 km/h. Zestrzelony boeing leciał na wysokości 10 tys. metrów z prędkością 850 km/h. Ten, kto mierzył w ten samolot, musiał wiedzieć o tej różnicy. Nie można tych dwóch maszyn ze sobą pomylić!

— podkreśla Iłłarionow.

B. doradca Putina zwraca uwagę, że wyrzutnia Buk, z której zestrzelono boeinga to skomplikowany system obrony przeciwlotniczej, do którego obsługi potrzeba długiego przeszkolenia. Dowodzą nim wyżsi oficerowie, którzy mają wyższe wykształcenie. Wiadomo więc, że na miejscu byli rosyjscy żołnierze, którzy tę umiejętność posiedli.

Iłłarionow przypomina również, że Buk to nie tylko sama wyrzutnia rakiet, ale cały kompleks militarny składający się z czterech maszyn. Cel namierzany jest przez system celowniczy przy wsparciu radaru, a wystrzelona rakieta jest prowadzona przez osobny system naprowadzania.

Ten, kto obsługiwał te urządzenia, musiał wiedzieć, z jakim samolotem ma do czynienia. Co więcej, obsługa tego systemu w Rosji prowadzona jest wyłącznie za wiedzą sztabu generalnego. Najwyższe czynniki wojskowe i polityczne wiedziały, co się dzieje i akceptowały to

— mówi w „SE” Iłłarionow.

Logicznie tłumaczy po co Putinowi i jego otoczeniu zestrzelenie pasażerskiego samolotu.

Jest mu bardzo na rękę. Przyjrzyjmy się bowiem sytuacji. W ostatnich tygodniach ukraińska armia odnosiła coraz to nowe zwycięstwa w walce z tzw. separatystami. Wyzwoliła pół terytorium, na którym działali rosyjscy najemnicy. Każdego dnia odzyskuje kontrolę nad jedną-dwoma miejscowościami na wschodzie Ukrainy. Dla rosyjskich władz stało się jasne, że to tylko kwestia kilku tygodni, kiedy Ukraińcy poradzą sobie z całym tym ruchem separatystycznym

— relacjonuje Iłłarionow.

Według analityka, nie wystarczyłoby wysłanie na wschodnią Ukrainę większej ilości broni, najemników i wojskowych, bo separatyści i tak długo nie wytrzymaliby pod naporem coraz bardziej pewnej siebie armii ukraińskiej. Celem Putina stała się więc taka eskalacja konfliktu, która doprowadzi do zamienienia kwestii wschodniej Ukrainy w niekończące się negocjacje, tak jak ma to miejsce w Naddniestrzu, Południowej Osetii czy Abchazji, co legitymizowałoby separatystów na Ukrainie

Według logiki eskalacji został kolejny krok - przeprowadzenie ataku terrorystycznego, który całkowicie zaszokowałby Zachód i który zmusiłby jego przywódców do wywarcia skutecznej presji na prezydenta Ukrainy. Jedynym aktem terrorystycznym, który miałby odpowiednią siłę rażenia w Europie, okazał się zamach na cywilny samolot

— dowodzi b. doradca Putina.

Zdaniem Iłłarionowa, od samego początku rozpatrywano jako cel ataku samoloty lecące z dwóch miast - Amsterdamu i Warszawy.

Dlaczego Warszawa?

Już dawno temu ludzie pracujący w rosyjskim sztabie generalnym mówili mi, że ich plany wojny nuklearnej zakładają w pierwszej kolejności atak właśnie na Amsterdam i Warszawę. Dla ludzi z Zachodu ta logika może nie być do końca zrozumiała, ale Warszawa to nie tylko stolica najważniejszego tzw. państwa przyfrontowego, ale także państwa, który w rosyjskiej opinii jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych Rosji

— opowiada Iłłarionow.

Dlaczego Amsterdam?

W koncepcji ruskiego świata i jego prawosławnych i konserwatywnych koncepcji jest stolicą europejskiego grzechu, rozpusty i zepsucia. Jak to się w Rosji nazywa „Gejropy”. Z tych względów Warszawa i Amsterdam zawsze istnieją jako główni kandydaci do zakrojonych na szeroką skalę działań Rosji

— precyzuje rozmówca „SE”.

Iłłarionow uzasadnia dlaczego ostatecznie padło na rejs z Amsterdamu, a nie z Warszawy.

Po pierwsze, żaden samolot z Warszawy nie przelatywał nad strefą konfliktu. Po drugie, katastrofa polskiej maszyny nad tym obszarem od razu zrodziłaby skojarzenia ze Smoleńskiem. Tego Putin nie potrzebował. Po trzecie, śmierć głównie Polaków nie byłaby wystarczająco wymowna. Z kolei masowa śmierć mieszkańców sytej i żyjącej w spokoju Europy Zachodniej według zamysłów Putina miała doprowadzić do szoku psychologicznego i zgody na jakikolwiek rozejm, który zakończyłby przelew krwi na Ukrainie. To, jak wspomnieliśmy, najbardziej odpowiadałoby Kremlowi.

Analityk w rozmowie z publicystą „SE” Tomaszem Walczakiem ostrzega, że Putin nie cofnie się przed niczym, a sankcje Zachodu nie robią na włodarzu Kremla żadnego wrażenia.

W ogóle się nimi nie przejmuje. W geopolitycznej wojnie, którą rozpętał, ta kwestia nie gra żadnej roli. Martwi go tylko to, że Ukraina może wypaść z jego sfery wpływów. Środki i konsekwencje utrzymania jej pod kontrolą nie mają dla niego znaczenia. Sankcje gospodarcze to tylko pieniądze, które raz są, raz ich nie ma. Ukraina to sprawa wieczności.

JKUB/”SE