Pojęcie "geopolityka" jest dla rządu Tuska dziwem - cielęciem o dwóch głowach

fot. PAP/Radek Pietruszka
fot. PAP/Radek Pietruszka

Sytuacja geopolityczna jest, dla ludzi racjonalnie myślących, stabilna: Rosja odbudowuje swoje imperialne wpływy, USA rezygnują z resetu i wracają do zaangażowania na Starym Kontynencie, w tym także w naszym regionie Europy, Unia Europejska reaguje na agresję Moskwy na Ukrainę mocniej niż na agresję Moskwy na Gruzję (ale i tak słabo), rośnie rola Azji, w tym szczególnie Chin.

To, co jest oczywiste dla ekspertów i większości polityków, jest jednak intelektualnie nieosiągalne dla ministra spraw zagranicznych III RP - Radosława Sikorskiego. Jak wynika z taśm zapisał on nas do obozu antyamerykańskiego - i zrobił to już po napaści Federacji Rosyjskiej na Krym!

Gdyby to jeszcze było 10 lat temu, w okresie wyrzucania Saddama Husseina z Iraku, to choć należałoby ocenić to jako dla Polski bardzo szkodliwe, miałoby wszak urok pewnej pokusy „bycia z silniejszymi”: wówczas Paryż i Berlin były autentycznie „USA-sceptyczne”. Minęła jednak dekada i Francja, a zwłaszcza Niemcy, zmieniły kurs. Nawet podsłuchiwanie przez Amerykanów samej kanclerz Merkel nie zachwiało poprawnymi relacjami Waszyngton-Berlin. Skądinąd to relacje w sferze np. współpracy wywiadowczej są więcej niż poprawne…

III RP: antyamerykańska i rasistowska!

O ile ujawniona przez media „tajna” rozmowa szefa MSW i prezesa NBP wywołała raczej umiarkowane relacje na Zachodzie: oburzyły się przede wszystkim środowiska ekonomiczne i mediów, które zajmują się rynkami finansowymi („Bloomberg” wprost domagał się dymisji szefa Narodowego Banku Polskiego), o tyle już najście służb specjalnych i policji oraz prokuratury na redakcję „Wprost” było w opinii międzynarodowej katastrofą wizerunkową rządu Tuska. Jednak prawdziwy kataklizm nastąpił po ujawnieniu rozmowy tych ministrów, którzy mieli…. reprezentować Rzeczpospolitą w Unii Europejskiej: Rostowskiego (przymierzanego być może do Komisji Europejskiej, a na pewno do europarlamentu) oraz Sikorskiego, który rzekomo, „dla zmyły”, aspirował na funkcję wiceszefa Komisji Europejskiej odpowiedzialnego za politykę zagraniczną i bezpieczeństwo, ale tak naprawdę (co przeczytaliśmy w stenogramie nagrania) walczył o niepołączoną z funkcją wiceprzewodniczącego KE, a jednak bardzo istotną, tekę komisarza ds. energetyki (dotychczas sprawuje ją Niemiec Guenther Oettiinger, a Niemcy w Unii nie zadowalają się ochłapami).

Żyjemy w wieku XXI, a nie XIX, nie ma już niewolnictwa, a political correctness każe już nie tylko szefom dyplomacji mówić o Murzynach dobrze albo wcale. Minister Spraw Zagranicznych szóstego co do wielkości państwa członkowskiego UE, który ma rasistowskie poglądy - a do tego jest to recydywą (wcześniej opowiadał on o Obamie mającym polskie korzenie, ponieważ przodkowie prezydenta USA, rzekomo spałaszowali kiedyś polskiego misjonarza….) jest całkowitą anomalią.

Oczywiście w wymiarze geopolitycznym gorszy jest jego antyamerykański bełkot, choć jedno i drugie jest straszliwie szkodliwe dla polskiego image w świecie. Widać to po relacjach międzynarodowej prasy, z definicji mniej powściągliwej niż oficjalne stanowiska resortów dyplomacji w krajach, najważniejszych graczach globalnych, których szefowie nie ćwierkają na Twitterze, tylko robią, choćby w stonowanym stylu, realną politykę.

W tyle za… Estonią i Słowacją

Nawet sprzyjające ekipie Tuska media, np. belgijski „Le Soir” ze środy 25 czerwca, drukowały obszerne artykuły, sugerując wyraźnie zmniejszenie się szansy na objęcie przez Sikorskiego ważnego stanowiska w UE. Jednak często dominowały nie tyle analizy, co prześmiewcze komentarze uderzające nie tylko w polskiego ministra-rasistę, ale w państwo, które ów minister reprezentuje. Szkody są dla nas praktycznie nieodwracalne.

Gdyby taśmy opublikowano przed wyborami, zapewne miałyby one decydujący wpływ na ich wynik. Jednak dziennikarze (albo ktoś inny) nie chcieli z powodów dla siebie znanych wpływać na wynik wyborczy i nagrania te opublikowano w momencie, gdy ważą się losy kształtu władz Unii Europejskiej.

Prawdę mówiąc jednak owa bitwa w Brukseli toczy się przede wszystkim o stanowisko szefa Rady Europejskiej, bo stanowisko przewodniczącego KE jest już w praktyce politycznie zarezerwowane i potwierdzone dla byłego premiera Luksemburga i byłego szefa Eurogrupy Jean-Claude’a Junckera. Podobnie jak zajęte jest stanowisko szefa Parlamentu Europejskiego dla jego dotychczasowego przewodniczącego, niemieckiego socjalisty Martina Schulza, skądinąd jeszcze do niedawna rywala Junckera w walce o fotel „numer jeden” w Komisji Europejskiej. 

W tej chwili rozstrzygają się jedynie losy poszczególnych tek w ramach Komisji oraz kto otrzyma fotele aż siedmiu (!) wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej. Skądinąd rząd SLD-PSL w 2004 roku nie potrafił wynegocjować dla Polski tego stanowiska - dostała go wówczas, jako jedyny kraj naszego regionu, Estonia. Pięć lat później rząd PO i (znów) PSL też nie potrafił tego uzyskać, choć fotele wiceszefów KE ponownie otrzymała Estonia (drugi raz Siim Kallas) oraz kolejny kraj w Europie Środkowo-Wschodniej - Słowacja (Marosz Szefczovicz). Teraz otrzymamy je zapewne z rozdzielnika: wszak do trzech razy sztuka. Jednak nie zmienia to faktu, że pojęcie „geopolityka” jest dla rządu Tuska dziwem - cielęciem o dwóch głowach. 

Ten rząd i ten premier nie myślą strategicznie. Dla nich polityka zagraniczna nie istnieje w ogóle, a zwłaszcza ta długodystansowa jest wyłącznie suplementem do rozgrywek partyjnych i zakładnikiem PR. Z takiego podejścia cieszą się nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi. My, niestety, wręcz przeciwnie.  

*artykuł ukazał się w „Gazecie Polskiej” (Geopolityka, 02.07.2014)  

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...