Droga Orbana nie jest drogą polskiej prawicy. Nasza szansa poległa w 2005 roku, gdy Platforma wybrała zemstę za porażkę, i weszła w sojusz z orkami

Drugie, równie wyraziste zwycięstwo Wiktora Orbana w wyborach parlamentarnych (Fidesz zdobył, według wstępnych wyliczeń, 135 mandatów, lewica ledwie 38, a Jobbik 26) nie jest zaskoczeniem. Orban od chwili zdobycia władzy kontroluje sytuację, skutecznie przewidując zagrożenia i wychodząc im naprzeciw.

My w Polsce pytamy często o źródła sukcesu tego polityka. Jest dla nas nadzieją, bo pokazuje, że twarda prawica może rządzić - i to długie lata - w kraju europejskim, może realizować narodowe interesy. Co ważne, może modernizować kraj bez odwracania się od tradycji.

Orban wygrywa, bo ma talent, charyzmę, szczęście, i świetną drużynę wokół siebie.

Wygrywa jednak także dlatego, że jego konkurentami są siły skrajne i skompromitowane. Z jednej strony - postkomuniści, wciąż pachnący komunistami, uwikłanie w wyjątkowo złodziejskie i nieudolne rządy poprzedzające sukces Fideszu. Z drugiej - nacjonalistyczny Jobbik, z racji swej skrajności stanowiący ofertę jedynie dla mniejszości.

Orban może więc stawać na scenę, i mówić: ci z lewej to wariaci i złodzieje, ci z prawej to niebezpieczni szaleńcy. I brzmi w tym wiarygodnie. Orban - paradoksalnie, tak jak Tusk, operuje z centrum, nie z prawej flanki.

Co ważne, Orban zdołał samodzielnie zgarnąć premię związaną z załamaniem się porządku postkomunistycznego, które na Węgrzech nastąpiła w tym samym okresie, co w Polsce. U nas premią podzieliły się PiS i PO, po czym Platforma weszła w buty porządku postkomunistycznego. To, co dało siłę węgierskiemu odrodzeniu, ten szczególny moment jawnej, oczywistej dla milionów kompromitacji starego porządku, u nas zostało zmarnowane. Nie łudźmy się, ten moment się nie powtórzy w przewidywalnej perspektywie.

Wreszcie, Orban zdobył większość konstytucyjną, co pozwoliło mu na niemal totalną przebudowę państwa. Jego ekipa przyjęła 850 ustaw, co pokazuje skalę porządków. U nas obóz zmian nigdy nie miał takiej większości. Nawet gdy miał rząd i prezydenta, nie miał połowy głosów w Sejmie. A gdy walczymy z postkomunizmem, trzeba zmienić wszystko, by trwale zmienić cokolwiek.

Skala pierwszego zwycięstwa Orbana sprawiła, że było jasne, iż ma on wielkie szanse na co najmniej 8 lat rządów. To z kolei dało mu bezcenny atut: został uznany tak przez społeczeństwo, jak i przez elity za władzę „naturalną”, a więc taką, której nie da się przeczekać. Było jasne, że nie jest epizodem. U nas takich perspektyw prawica nie miała nigdy. A w tej konkretnej sytuacji kulturowej konserwatyści mogą być skuteczni tylko wówczas, gdy trzeba się z nimi liczyć w długoterminowych planach życiowych.

To wszystko sprawia, że droga Orbana nie jest drogą polskiej prawicy. Niestety nie. Nasza szansa poległa w 2005 roku, gdy Platforma wybrała zemstę za porażkę, i weszła w sojusz z orkami. Oczywiście, może zdarzyć się coś, co znów odrodzi nadzieję na większość konstytucyjną na rzecz zmian, ale tu wkraczamy już w sferę sacrum.

Musimy znajdować własne recepty, musimy szukać własnych szans. Od Orbana możemy uczyć się w sferze rządzenia, w sferze rozwiązań instytucjonalnych. Drogi do władzy ten polityk nam jednak wskazać nie może.

Budapeszt w Warszawie już był.

Jacek Karnowski

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...