Rozbudzone aspiracje. "Zwycięzcy będą dużo zarabiać"Rozbudzone aspiracje. "Wmawiano im, że zwycięzcy będą dużo zarabiać i żyć na wysokim poziomie"

Wielu z nich wychowywało się w znacznie lepszych warunkach niż ich rodzice, są – można powiedzieć – ofiarami ich sukcesu.
Wielu młodych ludzi nie chce pracować za niskie stawki na umowach śmieciowych. Dla starszego pokolenia taka postawa jest często niezrozumiała i uważana za roszczeniową. Tyle że to właśnie starsze pokolenie rozbudziło aspiracje swoich dzieci. I nie ma w tym niczego zaskakującego. Bo skoro standard życia się podniósł, to wzrosły również oczekiwania.
Czy młodzi ludzie domagający się na samym starcie kariery wysokich pensji i ośmiogodzinnego dnia pracy są – jak twierdzą niektórzy – leniwi i roszczeniowi? Czy też, przeciwnie, są znacznie bardziej świadomi niż ich rodzice swoich praw i nie chcą być wykorzystywani przez pracodawców?
Dyskusja na ten temat pojawia się co jakiś czas, a ostatnio zainicjował ją na łamach „Polityki” prof. Marcin Matczak, który – odnosząc się do młodych ludzi o lewicowych poglądach – powątpiewał, czy są oni „gotowi pracować po 16 godzin na dobę, aby osiągnąć sukces”, dodając, że „indywidualne niepowodzenia bardzo często służą im potem jako uzasadnienie dla zmian systemowych”. Mówiąc inaczej, banda rozkapryszonych leniów chciałaby tak zmienić rzeczywistość, aby lenić się legalnie bez narażania na społeczny ostracyzm.
Generacyjny konflikt
W pewnym sensie Matczak uderzył tutaj w samą istotę współczesnej lewicowości, która dąży dziś do autoryzowania wszelkich ludzkich słabości i popędów oraz przedstawiania ich jako niezbywalnych praw człowieka. Nic więc dziwnego, że na Matczaka, który wystąpił w roli obrońcy starych „nieludzkich” zasad, spadła wielka fala krytyki ze strony lewicy. Prawnik, zarabiający spore pieniądze w jednej z renomowanych warszawskich kancelarii, został przedstawiony jako bogaty, pozbawiony empatii wyznawca dzikiego liberalnego kapitalizmu. Na jednym z wielu memów krążących w internecie Matczak odmawia swojemu pracownikowi wolnego dnia z powodu śmierci dziadka:
Panie Areczku, ale jaki urlop na żądanie? Dlatego, że panu dziadek zmarł, to ma się pan nie samorealizować?
– pyta na obrazku Matczak. Bycie bohaterem memów nie jest powodem do chwały. Z pewnością nie o taki rodzaj odpowiedzi chodziło mocno zakochanemu w sobie warszawskiemu prawnikowi.
Obok memów pojawiły się jednak i poważniejsze komentarze. Adrian Zandberg stwierdził, że propagowanie „kultu 16-godzinnych dniówek” jest nieludzkie.
Polskie prawo zabrania Panu, i słusznie, zatrudniania w takim wymiarze. Trochę nie dowierzam, że muszę o tym przypominać naczelnemu obrońcy konstytucji i praworządności
– ironicznie odpowiedział Zandberg na wcześniejszą uwagę Matczaka, że lewica kpi z osób, które ciężko pracują.
Dyskusja, do której dołączyli inni uczestnicy, przerodziła się potem w dłuższą bitwę na słowa, w której starli się lewicowcy z liberałami, czy też – jeśli sprawę potraktować pokoleniowo, bo ma ona głównie taki wymiar – młodzi z dziadersami. W tej potyczce wyraźnie ujawnił się zazwyczaj mało dostrzegany w Polsce konflikt generacyjny, którego podłożem jest rosnące rozczarowanie młodego pokolenia rzeczywistością zbudowaną przez ich rodziców.
Wyścig bez celu
Czy jednak młodzi, krytyczni wobec obecnej rzeczywistości, nie mają sporo racji? Wbrew temu, co twierdzi prof. Matczak, jasne jest, że bardzo trudno osiągnąć sukces samą ciężką pracą. Pytanie zresztą, jak ten sukces definiujemy? Czy jest nim zarabianie milionów, czy wystarczy skromne, ale stabilne życie? To ważne pytanie, ponieważ dotyczy ono aspiracji. A aspiracje młodych ludzi, zwłaszcza tej krytykowanej przez Matczaka wielkomiejskiej młodzieży, bardzo mocno w ostatnich latach wzrosły. Wielu z nich wychowywało się w znacznie lepszych warunkach niż ich rodzice, są – można powiedzieć – ofiarami ich sukcesu. Nie wyobrażają sobie teraz porzucania stosunkowo bezpiecznego życia i budowania wszystkiego od nowa, bez gwarancji powodzenia, zwłaszcza że nie każdy ma na tyle ustosunkowanych rodziców, aby startować z odpowiednio wysokiego poziomu. Nie przekonuje ich również słuszna skądinąd zasada, że każde pokolenie powinno dokładać swoją ciężką pracą kolejną cegiełkę do budowy pomyślnego życia, jeśli jeszcze nie własnego, to być może swoich dzieci i wnuków. Dziś liczy się bowiem tylko tu i teraz. Nagroda ma być natychmiastowa. Inna rzecz, że wielu młodych ludzi wychowano w takim właśnie przekonaniu, że profity są gwarantowane i z pewnością nadejdą bardzo szybko. Tyle że to nieprawda. Nieprawdą jest jednak także to, że młodzi są wyłącznie roszczeniowymi leniami. Przeciwnie, większość z nich przeszła przez morderczy wyścig szczurów, który rozpoczął się już w szkole podstawowej.
Edukacja pokolenia, które dziś wkracza w dorosłość, była bowiem zupełnie inna niż ich rodziców. Kiedyś od samego początku było jasne, że nie wszyscy dociągną do matury, a studiowanie jest przywilejem dla najbardziej uzdolnionej mniejszości. System nastawiony był na selekcję młodych, co siłą rzeczy urealniało ich plany na przyszłość. Inna rzecz, że społeczeństwo było mocno spauperyzowane i mało kto nastawiał się na komfortowe życie. Niektórzy więc szukali szczęścia za granicą.
Wielu wychowanych w tamtych czasach ludzi przenosi więc dziś swoje niespełnione wówczas aspiracje na własne dzieci. Młodzi harują teraz często od najmłodszych lat, najpierw w szkole, a potem na rozlicznych kursach i korepetycjach. Rzadko po szkole widują się z kolegami i koleżankami, nie istnieją podwórka, wspólne wypady na rower czy do kina. Bo nie ma na to czasu. Trzeba przecież jak najlepiej pozdawać testy i dostać się do jak najlepszych szkół, w których wyborze pomagają rozliczne rankingi. Nastolatkom wmawia się przy tym, że muszą wytrzymać takie tempo, bo dzięki temu będą potem dużo zarabiać i żyć na wysokim poziomie.
Dodatkowym problemem jest to, że obecne programy szkolne, często przeładowane niepotrzebnymi informacjami, w ogóle nie promują wiedzy ani samodzielności. Ideałem jest uczeń z czerwonym paskiem, chodzący komputer o wielkiej pamięci, który potrafi wypluć z siebie dowolną wkutą informację. Tyle tylko, że często brakuje mu erudycji i wiedzy, ale nie z tego powodu, że jest głupi, lecz dlatego, że zabrakło mu czasu na własne zainteresowania i poszerzanie horyzontów.
Potem rzeczywistość okazuje się zwykle brutalna. Rynek pracy nie jest w stanie wchłonąć tylu – nawet uzdolnionych – absolwentów uczelni. Okazuje się, że ich pensje są niższe niż tych, którzy machnęli na wszystko ręką i skończyli szkoły branżowe. To musi rodzić frustrację.
Spóźniona selekcja
Prof. Matczak proponuje w tej sytuacji, aby młodzi – zamiast popadać w gnuśność – zaraz po studiach lub jeszcze w ich trakcie szli do pracy, nawet na kiepskich warunkach, na niskopłatne staże, a wtedy najlepsi z nich na pewno znajdą stabilne zatrudnienie, a z czasem lepszą pensję i wyższą pozycję zawodową. To oczywiście prawda, ale dotyczy to jedynie części – pewnie tej mniejszej – która przetrwa ostrą selekcję. Pozostali będą musieli zapewne pracować poniżej swoich kwalifikacji.
Bo problem jest właśnie w selekcji. Kiedyś przeprowadzano ją jeszcze na poziomie szkoły podstawowej i średniej. To pozwalało uniknąć potem ogromnych rozczarowań. Tymczasem dziś ta selekcja jest przeprowadzana znacznie później, już po studiach, a to rodzi poczucie krzywdy i przekonanie, że padło się ofiarą oszustwa. Bo przecież wszyscy dookoła obiecywali, że jak będę uczyć się od świtu do nocy, to w dorosłym życiu spotka mnie za to hojna nagroda. Otóż niekoniecznie. To już tak dziś nie działa. Dobre wykształcenie ciągle jeszcze daje prestiż, ale często nie przekłada się na wysokie zarobki i pracę zgodną z kwalifikacjami, co zresztą nie powinno dziwić w takim kraju jak Polska, który nie wyzwolił się jeszcze z pułapki peryferyjności, gdzie atutem jest „tania praca”. Bo „tania praca” to zwykle praca nieskomplikowana, niewymagająca kończenia wyższych szkół.
Nie oznacza to jednak, że problem dotyczy tylko wielkomiejskiej młodzieży z nadmiernie rozbudzonymi przez rodziców aspiracjami. Ich niekiedy słabiej wykształceni i często mniej zamożni rówieśnicy z mniejszych miejscowości i wsi mają również pod górkę. Tyle że tam jest to ciągle uważane za normalną kolej rzeczy. Przyjmuje się, że każdy, kto chce awansować, musi być gotów na ciężką pracę i wiele wyrzeczeń. Nic więc dziwnego, że ambitni przybysze z prowincji robią zwykle większe kariery w dużych miastach niż rozczarowani swoimi kiepskimi perspektywami tubylcy.
Miejscowi kontra przyjezdni
Pojęcie kiepskich perspektyw jest również względne. Chodzi bowiem o punkt odniesienia. Komuś, kto przyjechał do dużego miasta z odległej wsi i łączy studia z pracą w sklepie, rzeczywistość może się wydawać zupełnie inna niż komuś, kto od urodzenia mieszka w tym mieście i nie musi – dzięki rodzicom – walczyć o swoje. Przybysz z zewnątrz nie ma odwrotu, bo za dużo już zainwestował w swoje wykształcenie i karierę. Będzie więc za wszelką cenę, nawet pracując przez pewien czas poniżej kwalifikacji i na gorszych warunkach, parł do przodu. W końcu – jak wierzy – złapie lepszą pracę i pozycję pozwalającą mu na w miarę ustabilizowane życie.
Inaczej świat widzi młody mieszczuch. On żył dotąd i nadal żyje pod opieką rodziców. Jest przyzwyczajony do pewnego standardu i nie musi walczyć o przetrwanie w mieście, bo mieszka w nim od urodzenia. Skończył niezłe szkoły i ma wbite do głowy, że ze swoimi wynikami i zdolnościami zasługuje na coś więcej. Nie będzie więc godził się na pracę w sklepie na umowie śmieciowej, bo uważa to za niesprawiedliwość. Chce mieć zapewniony start na poziomie, na który jego rodzice musieli pracować zwykle wiele lat. W pewnym sensie ma rację. Teoretycznie nie ma bowiem żadnego powodu, aby po ponad 30 latach od tzw. transformacji standardem w Polsce były tandetne umowy śmieciowe i oszczędzanie na pracowniku.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Skoro ciągle tkwimy w pułapce „taniej siły roboczej”, to trudno się dziwić, że wszyscy na pracy oszczędzają. Przy czym to prawda, że zaoszczędzone na pracowniku pieniądze wcale niekoniecznie idą na rozwój firmy. Gdyby wielu pracodawców oszczędzało na sobie tak, jak oszczędzają na swoich pracownikach, to pewnie nie mielibyśmy tylu luksusowych aut na polskich drogach. Skądś ludzie mają przecież na to pieniądze. I raczej nie są to pieniądze zarobione na etacie. Poczucie niesprawiedliwości jest więc często uzasadnione.
Wygląda więc na to, że mamy tu jeszcze jeden konflikt interesów, pomiędzy wielkomiejską młodzieżą domagającą się lepszych warunków pracy i płacy oraz przybyszami spoza miasta, którzy są na tyle zdeterminowani, że godzą się na niższy standard życia i pracy, byleby utrzymać się na powierzchni. Jest to przy okazji ilustracja pokazująca nierównomierny rozwój Polski. W dużych miastach, gdzie koszty życia zbliżyły się już do zachodnioeuropejskich, oczekiwania są zupełnie inne niż poza nimi. I nie ma w tym niczego dziwnego. To zjawisko będzie się jeszcze bardziej nasilać wraz ze wzrostem ogólnej zamożności.
Czasy się zmieniły
Skoro wiemy, że im jesteśmy bogatsi, tym nasze wymagania są wyższe, to nie powinniśmy się dziwić, że młode pokolenie wychowane w innych warunkach niż jego rodzice, chce dziś więcej. Zwłaszcza że wraz z aspiracjami rosną też potrzeby, często sztucznie rozbudzone przez konsumpcjonizm. Dziś wielu młodym nie wystarczy – tak jak ich rodzicom – wycieczka w góry pod namiot, zwłaszcza tym, którzy przyzwyczaili się do wakacji w kilkugwiazdkowym hotelu nad ciepłym morzem. Dlaczego mieliby z tego rezygnować? Dlaczego też mieliby rezygnować z markowych ubrań i drogich gadżetów?
Ale nie tylko o to tu idzie. Kryzys demograficzny, który przeżywa Polska i wiele krajów Zachodu, ma oprócz cywilizacyjnych przyczyn, takich jak kryzys rodziny, również ekonomiczne podłoże. Trudno bowiem wyobrazić dziś sobie, i nie dotyczy to już tylko tej „rozkapryszonej” wielkomiejskiej młodzieży, aby młodzi ludzie, także ci ciężko pracujący, mogli zdecydować się na założenie rodziny, nie mając zagwarantowanych stabilnych dochodów.
I nie jest tu rozwiązaniem praca w wymiarze 16 godzin, jaką proponuje prof. Matczak. Bo jeżeli młody człowiek musi pracować aż 16 godzin na dobę, aby się utrzymać, to oznacza to, że na żadną rodzinę czasu mieć nie będzie. A więc niekoniecznie i nie zawsze chodzi tu o lenistwo czy rozkapryszenie młodzieży. Czasem chodzi też o zdrowy rozum, kalkulację lub o zwykły instynkt samozachowawczy.
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
