Opowieść o dobrym człowieku. "W czasach agresji i nienawiściOpowieść o dobrym człowieku. "Wierzę, że i dziś, w czasach agresji i nienawiści, rozmowa byłaby możliwa"

Żurnaliści wywodzący się z „Gazety Wyborczej” i dziennikarze z korzeniami w zdrowym rozsądku mogli nie tylko spokojnie rozmawiać, lecz nawet się przyjaźnić.
Informacja o śmierci Piotra Bratkowskiego przybiła mnie. Blisko go nie znałem, ale w czasie tych kilku, może kilkunastu rozmów, które odbyliśmy przed laty, zrobił na mnie wrażenie człowieka nadzwyczaj łagodnego.
No ale wtedy pewnie wszyscy byliśmy łagodniejsi i bardziej dla siebie wyrozumiali. Spotkaliśmy się z Piotrkiem w wyjątkowym czasie i wyjątkowym miejscu. Na początku lat dwutysięcznych „Newsweek Polska” był tygodnikiem prestiżowym, godnym swojego amerykańskiego tytułu i nie kierowali nim prostaccy politrucy. W piśmie Tomasza Wróblewskiego bez większych problemów – choć nie bez sporów – mogli współpracować Piotr Bratkowski i Wojciech Maziarski z Michałem Karnowskim i Piotrem Zarembą.
Nie chcę idealizować tamtych czasów, ale niezwykłe było to, że żurnaliści wywodzący się z „Gazety Wyborczej” i dziennikarze z korzeniami w zdrowym rozsądku mogli nie tylko spokojnie rozmawiać, lecz nawet się przyjaźnić, regularnie wychodząc wspólnie na pieczoną kaczkę i piwo do małej restauracyjki przy ul. Freta. Był w tej małej, mieszanej grupce Grześ Sommer. W tym tygodniu, w piątek 8 października, mija 10. rocznica jego śmierci. Umarł nagle, w redakcji „Newsweeka”, na oczach kolegów.
Chciałbym go przypomnieć, bo to był życzliwy wszystkim człowiek, nienarzucający się światu, taki, jakich często nie doceniamy i zbyt łatwo o nich zapominamy. Zazwyczaj wycofany i skromny pracownik newsweekowej winnicy. Ale potrafił zakrzyknąć tak, że cała redakcja się zatrzęsła. Politycznie był z tej drugiej strony, ale nawet gdy oburzało go to, co mówiłem, polemikę zaczynał od przeciągniętego słowa „taaak…”, co natychmiast powodowało, że rozmowa stawała się łatwiejsza.
Z Grzegorzem współpracowaliśmy blisko, bo byliśmy przez dłuższy czas obaj zastępcami Darka Wilczaka, szefa działu krajowego. Praca w piśmie Wróblewskiego idyllą nie była. Tomek był perfekcjonistą, jego zastępcy prowadzący wydania bali się go panicznie, bo potrafił w sobotę rano, tuż przed posłaniem tygodnika do druku, wyrzucić okładkowy tekst, jeśli uznał, że jest słaby.
Takie właśnie traumatyczne doświadczenia tworzą trwałą więź. Po tym, gdy odszedłem z „Newsweeka”, z Sommerem widywałem się sporadycznie, ale zawsze przy takiej okazji długo i miło gadaliśmy. Wierzę, że i dziś, w czasach agresji i nienawiści, taka rozmowa byłaby możliwa. Dzięki wielkiej dobroci Grzesia.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
