Wielki bubel Kluzik

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

O pomyśle rządu Donalda Tuska na zmniejszenie wydatków rodziców na edukację dzieci, będącym w istocie dramatycznym bublem, w najnowszym numerze tygodnika "wSieci" pisze Dorota Łosiewicz.

Jak zwykle gdy chodzi o obietnice Donalda Tuska, diabeł tkwi w szczegółach. Choćby takich jak ów projekt ustawy, który jest bublem, jakiego świat nie widział. Pomysł wprowadzenia jednego, darmowego podręcznika nie zrodził się dziś. Wpadła na niego już minister Katarzyna Hall sześć lat temu. „Sześciolatki, które pójdą pierwszy raz do szkoły, dostaną podręczniki za darmo” – mówiła w kwietniu 2008 r. ówczesna szefowa MEN. Planowała wysłanie do I klasy dwóch roczników dzieci równocześnie. To miała być „wielka kumulacja”. Nie w lotto, niestety. Obietnica darmowego podręcznika była wówczas próbą wyciszenia emocji rodziców, których dzieci miały zderzyć się z kumulacją roczników w zupełnie nieprzygotowanej na to szkole. Wymiana wszystkich podręczników na potrzeby nowej podstawy programowej odbyła się w 2009 r., oczywiście na koszt rodziców.

W dodatku podręczniki, z których teraz korzystają dzieci były pisane w pośpiechu, a ich wprowadzeniu na rynek towarzyszyła atmosfera skandalu z udziałem MEN. Jak czytamy w tygodniku:

"Ministerstwo wyszło naprzeciw wydawnictwom, które pisały je na kolanie, i zmniejszyło liczbę recenzentów, dopuszczających podręczniki do użytku. Liczba błędów, nielogiczności i zwykłych głupot w tych książeczkach rzucała się w oczy nawet pierwszakom" – podsumowuje piękne plany rządu Karolina Elbanowska, prezes Fundacji Rzecznik Praw Rodziców. Można by się pokusić o pytanie, dlaczego darmowy podręcznik, skoro miał być taki wspaniały, nie wszedł w życie już sześć lat temu, a przynajmniej dlaczego nikt nad nim od tej pierwszej obietnicy nie pracował? Może dlatego, że zarówno wtedy, jak i teraz był jedynie chwytliwym hasłem, ochłapem rzucanym rodzicom. Czy ktoś pamięta jeszcze, że dzieci zamiast ciężkich książek miały korzystać z e-podręcznika? Albo że każdy uczeń miał dostać laptopa? -

pyta dalej Łosiewicz.

Na szczęście dla dzieci do szkolnej kumulacji w 2009 roku nie doszło. Stało się tak za sprawą protestów rodziców i tego, że  minister Hall stwierdziła nagle, iż szkoły nie są jednak gotowe na sześciolatki. Reformę więc odłożono.

Teraz władza znów wraca do obietnicy darmowego podręcznika. Dlaczego? M.in. dlatego, że sytuacja jest analogiczna do tej z roku 2009. Do szkoły pójdzie półtora rocznika dzieci (siedmiolatki oraz sześciolatki z pierwszej połowy roku). Ale to nie wszystko. Do placówek trafią maluchy z wyżu demograficznego (rocznik 2008). To znaczy, że w podstawówkach będzie tyle dzieciaków, ile by było, gdyby wepchnięto dwa roczniki w jednym czasie. "To będzie tsunami – ocenia Elbanowska. Dla nich system się przecież nie rozrośnie" – dodaje. Rząd znalazł więc pomysł, by zamydlić oczy zdenerwowanym rodzicom (także z powodu odrzucenia przez Sejm wniosku o edukacyjne referendum) bajaniem o  darmowym podręczniku. Wizja, że rodzice nie musieliby rokrocznie wydawać bajońskich sum na książki, jest bardzo kusząca. Czy jednak w tak krótkim czasie może powstać dobry podręcznik?

pisze Dorota Łosiewicz w tekście „Wielki bubel Kluzik”.

Według ekspertów napisanie dobrego podręcznika zajmuje dwa lata. Pisanie podręcznika w pośpiechu na pewno odbije się na jego jakości.** Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego z Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego dla tygodnika "wSieci" mówi:

Porażający jest brak świadomości u premiera czy szefowej MEN tego, czym jest i czym powinien być podręcznik. Brakuje im wiedzy, że edukacja początkowa dziecka to poważna nauka i powinna być oparta na konkretnych koncepcjach i strategiach uczenia. Wszystko wygląda tak, jakby pani minister myślała, że maluchom wystarczy pokazać kilka literek lub kilka cyferek, i wszystko będzie w porządku, bo to tylko I klasa. Od 20 lat obserwuję rynek podręczników i do dziś nie powstała żadna książka, która wolna by była od wad. A przecież te podręczniki powstawały przez kilka lat, a przynajmniej kilkanaście miesięcy, i pisane były przez osoby, które się na tym znają. Tymczasem ten nowy darmowy podręcznik musi być gotowy na czerwiec, jeśli we wrześniu ma być na biurkach dzieci. To jawna kpina i żart z inteligencji rodziców –

denerwuje się Dziamska.

W świetnym humorze jest za to Jakub Osiński, rzecznik Ośrodka Rozwoju Edukacji, który to ośrodek ma darmowy podręcznik przygotować. I nie przeszkadza temu fakt, że nie powstał jeszcze zespół, który książkę ma przygotować, nie wiadomo, ile osób w nim zasiądzie i kto to będzie, nie wiadomo także, kto pokieruje jego pracami. Wiadomo, że będzie to grupa liczna:

Trwa kompletowanie zespołu, który będzie się składał ze specjalistów różnych dziedzin, w tym, poza autorami, z redaktorów merytorycznych, grafików, ilustratorów. Częściowo będą w nim pracownicy ORE, którzy mają doświadczenie merytoryczne i wydawnicze. Autorzy, którzy się do nas zgłosili, są doświadczeni w tworzeniu podręczników do edukacji wczesnoszkolnej. Prace nad przygotowaniem książki organizujemy, tak aby był on najwyższej jakości zarówno pod względem merytorycznym, jak i graficznym

– tłumaczy rzecznik ORE.

O jakość publikacji jest spokojny. Choć Ośrodek nie wydał do tej pory żadnego podręcznika, nie znaczy to zdaniem rzecznika, że nie zrobi tego dobrze:

Mamy doświadczenie w wydawaniu publikacji metodycznych dla nauczycieli. Teraz rozpoczynamy współpracę z autorami z dużym dorobkiem. To, że nie wydaliśmy żadnego drukowanego podręcznika dla edukacji wczesnoszkolnej, nie znaczy, iż nie mamy doświadczenia -

mówi Osiński.

Jakuba Osińskiego nie zraża krótki termin, jaki Ośrodek ma na przygotowanie publikacji.

Powiem tak: to jest do zrobienia. Mamy zaangażowanych ludzi, którzy podjęli się tego wyzwania. Mamy mało czasu, ale to nie jest niewykonalne.

Dorota Dziamska krótko skwitowała te deklaracje:

Strach myśleć, jakiej jakości będzie to dzieło. To może się udać, tylko jeśli ktoś da im czarodziejską różdżkę. Często dostaję broszurki z ORE, ale to się wszystko nadaje do kosza. Tam jest błąd na błędzie. Widziałam ostatnio broszurkę o tym, jak pracować z dziećmi utalentowanymi matematycznie. Żenujący poziom, skrajnie infantylne. Przygotowanie dobrego podręcznika zajmuje przynajmniej dwa lata.

Ustawa o darmowym podręczniku przyjęta została w rekordowym tempie. Jak przypomina Dorota Łosiewicz:

Już po pięciu dniach od konferencji premiera projekt trafił do Rządowego Centrum Legislacji. Choć zabrakło konsultacji społecznych, rząd przyjął projekt w ekspresowym tempie. I tak projekt Ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty (druk nr 2075) trafił do sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, gdzie wzbudził sporą wesołość i niedowierzanie wśród posłów. Trudno się dziwić, bowiem ów projekt zawiera raptem dwa ustępy: „Art. 22c. 1. Minister właściwy do spraw oświaty i wychowania […] może zlecić opracowanie i wydanie podręcznika lub jego części. 2. Podręcznik lub jego część opracowane w wyniku zlecenia, o którym mowa w ust. 1 […] jest dopuszczony do użytku szkolnego z mocy prawa”.

Jak czytamy dalej w tygodniku "wSieci" suchej nitki na projekcie nie zostawiają nie tylko pedagodzy, rodzice, ale również Biuro Analiz Sejmowych.

Wygląda na to, że by wydać darmowy podręcznik, rząd po prostu zawiesza istniejące prawo. Rządowy projekt wzbudza też kontrowersje wśród kolegów premiera Tuska, o czym pisał już „Dziennik Gazeta Prawna”. Nowy minister finansów Mateusz Szczurek wskazał, że w nowelizacji brak wyliczeń dotyczących wpływu nowych rozwiązań na sektor finansów publicznych. Koszt zapewnienia pierwszakom darmowych podręczników to ok. 10 mln zł. Zdaniem Szczurka MEN tego nie udźwignie. Zastrzeżenia zgłaszał również UOKiK. Jego zdaniem resort edukacji musi doprecyzować informację, czy książki od rządu mają uzupełnić ofertę rynkową, czy wyeliminować wszystkie dotychczas używane podręczniki na rzecz tego jednego elementarza.

Dorota Łosiewicz podsumowuje:

Szefowa MEN zapewnia, że ma dzieci w szkole, więc zna się na edukacji. Ja też mam dzieci w szkole, kolejne pójdzie do niej we wrześniu i na nim testowane będą darmowy podręcznik oraz rządowa reforma. Czy znajdzie się ktoś, kto powstrzyma te polityczne eksperymenty przeprowadzane na naszych pociechach?

Cały tekst Doroty Łosiewicz do przeczytania w tygodniku "wSieci" Nr 7(63)2014

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...