Miałem nadzieję, że uda mi się o koronawirusie napisać raz i do sprawy wracać nie będę. Jednak od tematu uciec się nie da. „Chińska zaraza” nie tylko wkroczyła w nasze życie codzienne, ale powoli zaczyna zastępować duchowe. Staje się świeckim wyznaniem, swego rodzaju anty-Kościołem.
Ma swoich proroków: naukowców przewidujących, że niebawem zarażonych będzie nawet 70 proc. ludzi na świecie, ma swoich kapłanów: lekarzy głoszących o nowych przypadkach zachorowań i dzielnie stojących przy swojej schorowanej trzódce, ma wreszcie swoich schizmatyków: szarlatanów głoszących coraz to nowe fake newsy. Ma nie tylko swoje rytuały – z nieustannie pokazywanym przez media mierzeniem temperatury kierowcom chińskich ciężarówek – lecz także szaty liturgiczne: od masek przeciwgazowych i szczelnych kombinezonów noszonych przez kapłanów w czasie „uroczystości”, po dyskretny symbol wiary, jakim jest niewielka maseczka na twarzy, odpowiednik księżowskiej koloratki noszonej do świeckiego stroju.
Przede wszystkim jednak koronawirus wypełnił nasze życie emocjonalne. Nawet jeśli doniesienia o tym, że „chińska zaraza” zdziesiątkuje populację świata, są mocno przesadzone, to widać, że zapewniła już sobie wygodne środowisko do rozwoju w naszych organizmach: w sercach i duszach (a konkretnie wjądrze migdałowatym, czyli wtym fragmencie mózgu, który odpowiada za strach). Wzeświecczonej cywilizacji stała się tym, czym była dla naszych antenatów Opatrzność – niepojętą, nadprzyrodzoną siłą, której zwyczajny człowiek nie potrafi zrozumieć, a nawet człowiek nadzwyczajny, wykształcony, specjalista, nie umie poskromić.
Tego rodzaju nieco bałwochwalcza „bojaźń Boża” w odniesieniu do koronawirusa zagościła także gdzieniegdzie w Kościele katolickim – w wielu krajach mamy do czynienia z odwoływaniem mszy, a polscy biskupi zaczęli namawiać do przyjmowania komunii na rękę oraz do rezygnacji z korzystania z wody święconej umieszczonej w kościelnych kropielnicach. I przez moment miałem wrażenie, że „chińska zaraza” jest rzeczywiście dziełem sił nadprzyrodzonych, choć oczywiście nie Boga, lecz szatana, który uwziął się, aby zniszczyć Kościół, upodabniając go do wierzeń protestanckich. Całe szczęście, że zaraz hierarchowie wezwali – także – do modlitwy i pogłębiania wiary. I słusznie, bo jeśli tego nam zabraknie, to nie pomogą ani maseczka, ani pseudoreligijne protestanckie rytuały.
Felieton opublikowany w tygodniku „Sieci” nr 11/2020
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/491186-modlitwa-i-maseczka
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.