Nowa forma egzaminu na UJ. Skoro pan doktor przejawia tak poważne skłonności do politykierstwa, polecam etat doradcy Nowoczesnej

Fot. pixabay.com
Fot. pixabay.com

Czy jest możliwe zrobienie z egzaminu, z rachunku prawdopodobieństwa i statystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim bolszewickiej agit-broszury? Jak pokazuje przypadek dr hab. Adama Romana, adiunkta w jednostce Instytut Informatyki i Matematyki Komputerowej, Wydziału Matematyki i Informatyki tejże uczelni - tak.

CZYTAJ WIĘCEJ: Obłęd na UJ. Egzamin dla studentów… z antypisowskim przekazem: „Pierwszy Szeryf IV RP dyscyplinuje sędziów…” Zobacz treść zadań!

Pan doktor najstarszej w Rzeczpospolitej krakowskiej Alma Mater pod pretekstem rozwiązywania zadań zaserwował studentom totalną porcję antyrządowej propagandy, niby w formie takiego żartu. Co pytanie o statystykę, to rechot z działaczy Prawa i Sprawiedliwości. I generalnie nie widziałbym problemu, gdyby nie niestosowność miejsca na tego typu zachowania. Czy nauczyciel akademicki za jakiego zapewne uważa się nasz pan z habilitacją zdaje sobie sprawę, że z mocy swego autorytetu obraża tę część swoich studentów, którzy poparli w wyborach partię Jarosława Kaczyńskiego. Wiadomo, że nie. Wie doskonale, że wychowankom zależy na zdaniu egzaminu nawet w takiej formie i raczej nie spotka się z żadnym stanowczym protestem ze strony zależnych od jego oceny zdających.

Klasyczny przykład arogancji zwolenników opozycji zastosowany w praktyce. Jednak sprawa jest poważniejsza niż by się wydawało. Gdyby uczelnie zezwoliły na tego typu praktyki różne doktory Romany zaraz po powrocie z masowego spaceru KOD-u zaczęli by swoje agitacyjne pomysły wdrażać np. na egzaminach wstępnych. Co szkodzi, już na początku drogi naukowej kariery zastraszyć młodego zwolennika przeciwnej opcji politycznej i jeszcze go napiętnować – stawiając ocenę niezadawalającą. Za komuny na każdej uczelni wśród wykładowców można było zawsze spotkać kilka szemranych postaci o wiadomej proweniencji, które potrafiły zadawać na zaliczeniach czy egzaminach tzw. chamskie pytania, by z uwielbieniem obserwować reakcje studentów. Ci, którzy nie dali się złamać na ogół musieli jeszcze raz podchodzić do egzaminu. – Co by było gdyby w Polsce po wojnie wygrała kontrrewolucja? – dociekał taki, o którym wszyscy wiedzieli, że jest złośliwy niczym „wąż chory na półpaśca” i czerwony jak burak. Ponieważ pytający pochodził ze znanej przedwojennej rodziny zamożnych księgarzy, pytany uderzył go w właśnie w ten czuły punkt – Miałby pan dalej swoje rodzinne wydawnictwo. Przed dwóją uratowało go tylko to, że w pokoju siedzieli jeszcze inni wykładowcy, którzy zaczęli się śmiać.

Zachowanie dr hab. Romana z UJ żywo przypomniało mi dawne czasy i mogę z całkowitym spokojem stwierdzić, że nosi ono znamiona bolszewizmu. Zabrakło tylko skórzanego płaszcza i Mausera na pulpicie wykładowcy. Mam nadzieję, że tego typu postawy nie będą traktowane przez uczelnie obojętnie. Osobiście jestem zdania, że skoro pan doktor przejawia tak poważne skłonności do politykierstwa w czasie swojej pracy na uniwersytecie należy „dać mu na luz” i pozwolić rozwijać się w tym kierunku. Na początek proponowałbym etat doradcy w Nowoczesnej, której czołowi przedstawiciele, a przede wszystkim przedstawicielki cierpią wyraźnie na brak intelektualnego wsparcia. Sądzę, że osoba z habilitacją, stażem na „Ujocie”, a przede wszystkim z bolszewickim zacięciem mogłaby tam rzeczywiście wiele zrobić.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...