„Pokażcie moje książki” – promuje się na koniec „briefingu” przy furtce domu Maria Kiszczak, żona jednej z najciemniejszych postaci reżimu komunistycznego. Mdłości? Chyba gorzej. Ale czy coś jeszcze wynika już dziś z historii cienkiego Bolka, jakim okazał się Lech Wałęsa po trzykroć? Najpierw donosząc, potem niszcząc lustrację, wreszcie brnąc w bezczelne kłamstwo po trupach prawdy, odwagi, wolności?

Moim zdaniem - kilka ciekawostek. Przez cały czas, od 1970 roku do wczoraj teczka Lecha Wałęsy stanowiła tajne zabezpieczenie interesów grupy trzymającej teczki, a często i władzę. Decyzje Wałęsy podejmowane musiały być pod presją tej grupy i takie też były, nawet jeśli nie zawsze, to wystarczająco często, by teczki na światło dzienne nie wywlekać. Jedynym sposobem, by zmienić ten stan rzeczy i uciec spod miecza szantażu było ujawnienie prawdy przez samego Lecha Wałęsę. Nie robiąc tego do dzisiaj, stał się ponownie tajnym współpracownikiem Kiszczaka i reszty ubecji. Czy zatem – tak naprawdę – kiedykolwiek przestał nim być? Kiedy? W jakich latach? Najwięksi optymiści mówią, że w latach 1976 – 1992.

Tylko jak sobie sam Wałęsa wyobraża udowodnienie tego „złotego okresu” w swoim frapującym życiu, nie mówiąc ani słowa o tym, jak „przechytrzył” ubeków? I kto kogo tak naprawdę przechytrzył? Jaruzelski odszedł w pokoju. Kiszczak odszedł w pokoju. Wałęsa będzie miał teraz piekło na ziemi. Wiem – zasłużył. A oni?

Lech Wałęsa nigdy nie przestał być marionetką w rękach dawnej komuny. Dopóki dużo mógł, próbował lawirować między całkowitym oddaniem a próbami wybicia się na niezależność. Inna sprawa – po co? Dla Polski? A może tylko dla siebie – by „uwolnić się” od ciężaru teczki? Wszystko to autentycznie poraża. I nie ma możliwości, by nie przelała się co najmniej przez polskie media, a pewnie i światowe, dyskusja o korzeniach polskiej wolności, o jej „profilu”, o autentycznej walce o niepodległość i walce pozorowanej, o zakrętach historii, o przegranych macherach od fałszowania historii odpowiedzialnych za dzisiejszy bajzel – o wszystkich tych, którzy w imię własnego tchórzostwa, w imię oczyszczenia własnych lepkich od zdrady rąk, w imię kłamstwa i siłą wywalczonej zgody gwałconych z gwałcącymi – dziś mają na rękach łzy Lecha Wałęsy.

Bo że płyną, nie mam żadnych wątpliwości. Jedno, co może jeszcze pomóc legendzie „Solidarności”, to całkowity reset dotychczasowych kłamstw. Restart i ujawnienie wszystkiego. W przeciwnym razie nie mam złudzeń – nawet jeśli dziś wielu rozsądnych ludzi tłumaczy, że „przecież piękna karta”, że „jednak wielkie zasługi”, przyszłość będzie miała twarz ślepej Temidy. Donosiciel i kłamca to trochę za dużo jak na bohatera.