„Protestuję przeciwko haniebnym oskarżeniom dr. Zygmunta Petru”. Każdy z Państwa może podpisać taki list otwarty. Udostępnia go na swojej stronie „Gazeta” (jest taka – z czerwonym prostokącikiem obok tytułu), której teksty, apele i manipulacje coraz wyraźniej odzwierciedlają marzenia o dwóch rewolucjach w Polsce tego roku: najpierw lutowej, potem – październikowej. Marzenia o boju ostatecznym, po którym krwawy skończy się trud.

Marzeń tych nie podzielam, ale przyłączam się do protestu. A nawet pozwolę go sobie nieco rozwinąć. Oskarżenie Ryszarda Petru o związki z GRU poprzez sugestie na temat jego ojca, Zygmunta, nazwałbym może nie tyle haniebnym, ale na pewno niemądrym.

Haniebnym nazwałbym natomiast zachowanie tych dziennikarzy, którzy dziś „wzmagają się moralnie” w tej sprawie, a nie zadali sobie trudu, by wyjaśnić kilka innych, znacznie bliższych nam w czasie zagadek w karierze już nie naukowej, ale politycznej dr. Ryszarda Petru. Nie czytałem na ten temat żadnego artykułu we wspomnianej „Gazecie” z czerwonym prostokącikiem.

Przeczytałem natomiast właśnie w najpoczytniejszym i najlepiej wypełniającym standardy dziennikarstwa informacyjnego w Polsce tygodniku: „Gościu Niedzielnym”. Redaktor Piotr Legutko opisuje tam (w numerze z 24 stycznia) interesujące zjawisko.

Oto tuż przed konferencją założycielską partii Nowoczesna, w maju ubiegłego roku, pan Ryszard Petru został wybrany przez Ministerstwo Gospodarki, kierowane przez ówczesnego wicepremiera z PSL, pana Janusza Piechocińskiego, na „twarz” kampanii reklamowej. Produkcja i emisja spotów promujących faktycznie pana Petru, kosztowała polskiego podatnika 2 miliony 200 tysięcy złotych. Największe telewizje i portale internetowe wypełniła twarz Ryszarda Petru – jakże korzystnie dla tworzonej właśnie „Nowoczesnej” – w ramach reklam opłacanych przez wicepremiera rządu PO-PSL.

W tym samym czasie inna ważna instytucja państwowa, Narodowe Centrum Kultury, kierowane przez (byłego radnego Platformy Obywatelskiej), pana Krzysztofa Dudka, uznało za stosowne sfinansować publikację i wesprzeć promocję medialną dwóch książek ekonomisty, pana dr. Ryszarda Petru. Tytuły tych książek to: „Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” oraz „Koniec wolnego rynku?”. No cóż, rzeczywiście, jeśli instytucja mająca promować polską kulturę narodową wydaje poważne pieniądze na takie dzieła czynnego polityka, to rzeczywiście jest koniec wolnego rynku. A początek (a może środek, nie wiemy gdzie się ta historia zaczyna) operacji medialno-polityczno-biznesowej, której twarzą jest rzeczywiście pan dr Ryszard Petru.

Dlaczego media nie zajęły się tak ciekawymi tematami? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Jak obliczył Piotr Legutko, w czasie wyborów parlamentarnych, pan Ryszard Petru i jego komitet pokazywany był w TVP Info 6 godzin, podczas gdy np. prezydent RP, Andrzej Duda – dwukrotnie krócej. W listopadzie „się wyrównało”: lider partii, która zajęła w wyborach czwarte miejsce (7.6 procenta, czyli 1 155 370 głosów) otrzymał tyle samo czasu co prezydent RP, który kilka miesięcy wcześniej zyskał osiem razy więcej głosów aniżeli Nowoczesna…. Taka była „normalność”: nie widzieć, nie liczyć, nie pytać. Nie widzieć, nie liczyć, nie pytać ¬ gdy chodzi o najbardziej bezczelny nawet „skok” na państwową kasę, jeśli tylko „skaczą” – NASI. To się nazywa moralność rewolucyjna.

Przeciwko próbie naruszenia tej „normalności”, przeciwko samej możliwości zadawania pytań – nie o GRU, ale o odpowiedzialność ministra Piechocińskiego, o zasadność decyzji dyrektora NCK, o sens tych decyzji, budujących medialną karierę pana Petru – występują dziś dziennikarze gazety z czerwonym prostokątem. Tacy, jak choćby specjalista od rynsztoka, pan Wojciech Czuchnowski (nigdy nie zapomnę jego artykułów poświęconych szkalowaniu Janusza Kurtyki – to było najgłębsze dno dziennikarstwa polskiego, z którego nie powinno być nigdy powrotu do zawodu), który manifestacyjnie opuścił niedawno studio TVP Info, w proteście przeciwko odchodzeniu od owej „normalności”.

Nie wzbudzajmy się sami moralnie. Zauważmy tylko tyle: dostęp obywateli do rzetelnej wiedzy o rzeczywistości, do faktów – to jest fundament demokracji. „Im lepsza informacja, tym lepsza demokracja, a bez rzetelnej informacji demokracji nie ma”.

Tym zdaniem Barbary Toporskiej, jednej z najznakomitszych pisarek polskiej emigracji, a także żony Józefa Mackiewicza, zapisanym w jej eseju z londyńskich „Wiadomości” (listopad 1971), pozwolę sobie zakończyć tę drobną uwagę na marginesie kolejnej medialnej hucpy. Tyle tematów czeka na ujawnienie przed opinią publiczną w Polsce, na wprowadzenie do obiegu rzetelnej informacji…