Ksiądz Charamsa, czyli polski Chris Crocker

fot. PAP/EPA
fot. PAP/EPA

Kilka lat temu wielką karierę – choć wyłącznie jako przedmiot kpin – zrobiło w sieci nagranie amerykańskiego internetowego celebryty (a przy tym także m.in. aktora filmów porno) Chrisa Crockera, który w niezwykle histerycznym, egzaltowanym, groteskowym stylu żądał: „Leave Britney alone!”.

Chodziło wówczas o Britney Spears, której powrót na scenę po dłuższej przerwie wywołał, mówiąc delikatnie, mało przychylne komentarze i to się bardzo panu Crockerowi nie spodobało.

Ów pamiętny występ Crockera przypomniał mi się, gdy oglądałem wyznania księdza Charamsy, umieszczone w filmie, będącym propagandową agitką środowisk homoseksualnych. Identyczny ton, identyczna egzaltacja, tylko temat trochę inny.

Powie ktoś: jak pan może, panie redaktorze! Jak pan sobie może żartować, kiedy tu chodzi o poważne sprawy! Jedni się oburzą, że niezwykle sprawą niezwykłej wagi jest rzekomo złe traktowanie homoseksualistów przez Kościół, na co się skarży ksiądz histeryk. Inni – że to zaplanowana akcja, celowo uruchomiona praktycznie w przeddzień synodu, gdy i tak wiadomo, że wśród biskupów nie ma jednomyślności, a pęknięcie wokół spraw etyki staje się coraz bardziej widoczne. Ci ostatni mają zresztą rację – akcja jest z całą pewnością zaplanowana, choć poziom egzaltacji ks. Charamsy jest tak niebotyczny, iż mógł się on wymknąć spod kontroli swoim animatorom.

Jednak ja nie zamierzam się zajmować ks. Charamsą na poważnie. Bo pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy oglądałem jego wystąpienie, brzmiała: „Co za pajac!” – i tej myśli będę się trzymał, nawet jeśli zdaniem niektórych moich redakcyjnych kolegów to przejaw bigoterii.

Wbrew pozorom nie jest to jednak płaska i mało subtelna refleksja. Rozmaite środowiska, złączone pod lewacką tęczową flagą, chcą, żeby na poważnie zajmować się rozmaitymi błazeństwami: panami w sukienkach i z brodą, „płcią umysłu”, prawem osób „transpłciowych” do korzystania z toalety wybranej płci albo „mową nienawiści”. To wszystko są zagadnienia, które z punktu widzenia zdrowego rozsądku nadają się tylko na porządny skecz. Taki jak ten pamiętny z „Żywota Briana” o Stanie, który chciał być kobietą i żądał, aby się do niego zwracać „Loretta”. Albo jak rola uroczego porucznika Grubera z „Allo, allo!”, nieszczęśliwie zadurzonego w René. Z całą pewnością natomiast nie nadają się na temat do poważnej dyskusji.

Miarą absurdu naszych czasów jest, że rozmaitym pajacom udaje się zmuszać posłów, publicystów, komentatorów i zwykłych Polaków do zajmowania się na serio ich błazenadami. Ba, wyciskają z tego granty i żyją całkiem nieźle, czasami wjeżdżają na tych zagadnieniach do parlamentu, wydają o tym książki i piszą artykuły.

Nie znaczy to, że problemy są całkiem wydumane. Do pewnego poziomu nie są. Do pewnego poziomu zasługują na uwagę, oczywiście w proporcji do swojej faktycznej wagi i liczby osób, których dotyczą. Na ogół jednak mamy do czynienia nie z próbą rozpoczęcia takiej właśnie poważnej rozmowy o sprawach faktycznie istotnych i ich o ich pragmatycznym uregulowaniu, ale z naciskami, aby zajmować się wspomnianymi błazeństwami.

Oczywiście, przypadek ks. Charamsy jest na swój sposób i symptomatyczny, i interesujący. Można sobie zasadnie zadawać pytanie, jak przez tyle lat mógł nie tylko funkcjonować w stanie kapłańskim, ale też zajmować w Kościele ważne stanowiska człowiek o takiej konstrukcji psychicznej. Można, a nawet trzeba sięgnąć do też ks. Isakowicza-Zaleskiego o homolobby w Kościele. Ale traktowanie samego Charamsy jako przyczynku do jakiejś poważnej rozmowy? Wybaczcie państwo, są jakieś granice absurdu.

Pokrzykujący ksiądz pederasta, który nie panuje nad swoimi emocjami, który od Kościoła czegoś tam żąda, a na koniec pokazuje się ze swoim „narzeczonym” Eduardo, kwalifikuje się do tej samej kategorii co wspomniany na początku Chris Crocker i tylko tak można oraz należy go traktować.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...