PO bawi się w „uzgadnianie płci”, a ma w nosie, że 0,5 mln dzieci głoduje, zaś 1,6 mln żyje w skrajnej nędzy

fot. M. Śmiarowski/KPRM
fot. M. Śmiarowski/KPRM

Ustawa o in vitro, ustawa o tzw. uzgadnianiu płci, a wcześniej przyjęcie konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet - to są najważniejsze polskie problemy wedle rządzącej PO. Przeciętny Polak, według działaczy i posłów PO, zrywa się rano z myślą o takich ustawach i konwencjach, a potem żyje nimi przez cały dzień w wielkim napięciu. To kompletna bzdura, humbug i wielkie oszustwo. To są sprawy, które mają przykryć prawdziwe problemy i inicjować oraz podgrzewać w Polsce wojny kulturowe i ideologiczne. Bo te wojny pozwalają PO na kreowanie się na pierwszego obrońcę wolności oraz w opozycji do PiS jako pierwszego wroga wolności. Tylko, przy całym szacunku dla osób zainteresowanych tymi sprawami, to są kwestie absolutnie trzeciorzędne i tak totalnie zmanipulowane, że aż mdli.

Teraz mamy akurat kampanię wyborczą i „postępowe” ustawy stały się dla PO niezwykle pilne z banalnego powodu, niemającego nic wspólnego z tym, co się oficjalnie mówi. Chodzi o to, że PO nie ma już możliwości poszerzania wpływów na prawicy, a centrum ma tej partii powyżej uszu, więc postanowiono sięgnąć po elektorat lewicowy, lewacki i libertyński. Ci wyborcy, wdzięczni za „postępowe” ustawy, mają zbawić PO i zapewnić jej dobry wynik 25 października 2015 r. Przy okazji PO uczyniła z SLD i sierot po Palikocie karpia domagającego się przyspieszenia Wigilii. Bo „postępowe” ustawy mają nie tylko odebrać im wyborców, ale wykończyć same te partie, bo po co komu wydmuszki bez elektoratu.

Konwencję o przeciwdziałaniu przemocy przedstawiano jako absolutny warunek ograniczenia tej patologii w Polsce. A samo zjawisko jako mające w naszym kraju apokaliptyczne skutki i skalę. Tymczasem cała kampania w tej sprawie była jedną z najbardziej zakłamanych, jakie można sobie wyobrazić. Chodziło tylko o to, żeby pognębić jakiś mityczny ciemnogród i opowiedzieć się za równie mitycznym postępem. A konkretnie chodziło o zrobienie z PiS obrońców gwałcicieli, damskich bokserów, żuli, alkoholików, chamów i wszelkiej maści łotrów. Prawda jest taka, że wszystko to, co miała rozwiązać konwencja w Polsce było już rozwiązane prawnie, z bardzo pozytywnymi skutkami w sferze faktów oraz w sferze społecznych przyzwyczajeń i pozytywnych wzorców.

Wbrew kłamcom i oszustom, w Polsce wskaźniki dotyczące przemocy wobec kobiet są najniższe w Europie: u nas różnych form przemocy doświadczyło 19 proc. kobiet, podczas gdy w Danii 52 proc., w Finlandii 47 proc., w Szwecji 46 proc., w Holandii 45 proc., we Francji i Wielkiej Brytanii 44 proc., a w Niemczech 35 proc. (średnia dla UE to 33 proc.). I Polska jest w czołówce krajów, w których najwięcej pokrzywdzonych kobiet zgłasza akty przemocy, nie ma więc problemu ich ciemnej liczby czy ukrywania aktów przemocy. U nas wskaźnik ten wynosi 29 proc., podczas gdy w Danii i Finlandii 13 proc., w Niemczech i Szwecji 16 proc., we Francji 18 proc., a w Holandii 19 proc. Także wskaźnik molestowania seksualnego należy w Polsce do najniższych w UE - 32 proc., przy 81 proc. w Szwecji, 80 proc. w Danii, 75 proc. we Francji, 73 proc. w Holandii czy 60 proc. w Niemczech (średnia w UE wynosi 55 proc.). Równie dobrze Polska wypada w statystykach przemocy doznanej w dzieciństwie ze strony dorosłych czy przemocy psychicznej ze strony partnera. Polki lokują się też w dolnych rejonach tabeli pokazującej lęk przed przemocą fizyczną bądź napaścią seksualną. Fakty przeczyły ideologicznym bzdurom, ale tym gorzej dla faktów.

Ideologia zaćmiła też rycerzy walki o ustawę o in vitro. Ma to być właściwie ustawa o szczęściu, która poza tym rozwiązuje masę innych problemów, np. demograficzny. Przy całym szacunku dla osób cierpiących z powodu niemożności posiadania potomstwa, na poziomie państwa to sprawa drugorzędna. Tylko w ochronie zdrowia można znaleźć setki pilniejszych problemów do rozwiązania i do sfinansowania z budżetu, które większość Polaków uzna za absolutnie priorytetowe. Wedle danych na 22 lipca 2015 r. w ramach rządowego programu przez dwa lata urodziło się 2666 dzieci, czyli ok. 1300 rocznie. Biorąc pod uwagę liczbę dzieci urodzonych w czasie, gdy działał rządowy program, dzięki in vitro przyszło na świat 0,35 proc. urodzonych w Polsce dzieci. Dla samych zainteresowanych to wielkie szczęście i najważniejsza sprawa, ale przecież nie dla państwa. I nie dla cierpiących na różne choroby czy niemających dostępu do różnych leków, które są dla nich za drogie i nie są refundowane, a bez nich wielu po prostu przedwcześnie umiera. Z ich punktu widzenia finansowanie in vitro z budżetu to czysta fanaberia.

Program in vitro ma tę zaletę, że jest uznawany za „postępowy”. I jest użyteczny w przykrywkowej polityce rządu PO. Jest częścią narracji o sukcesach rządu w zatrzymaniu depopulacji Polski, choć te sukcesy są wyłącznie propagandowe. Liczba urodzeń zaczęła rosnąć w latach 2008-2011 (nawet do 411 tys. rocznie), ale nie z powodu programów czy zabiegów rządu PO, lecz z powodu kryzysu. Tak się składa, że poczucie zagrożenia na krótko działa prokreacyjnie, o czym świadczą np. dane o urodzeniach w Polsce w latach 1981-1985, gdy przecież nie było najmniejszych powodów do optymizmu (w 1983 r. urodziło się ponad 723 tys. dzieci). W 2013 r. urodziło się już tylko 369,6 tys. dzieci, a rok później 376 tys. (zmarło odpowiednio 387,3 tys. oraz 372,3 tys.). W pierwszym półroczu 2015 r. urodziło się 180 tys. dzieci, a zmarło 193 tys. osób, co oznacza, że mamy obecnie ujemny przyrost naturalny, a opowieści o działaniu rządowych programów można uznać za zawracanie głowy.

Coś takiego jak program in vitro przykrywa też inne bardzo niepokojące procesy demograficzne. Wedle spisu powszechnego w 2011 r. ludność Polski liczyła 38,538 mln osób, z czego 2,017 przebywało za granicą. Obecnie za granicą przebywa ok. 2,2 mln Polaków, z czego 78 proc. wyjechało za pracą. Dodatkowo w różnych badaniach 40 44 proc. Polaków, którzy nie ukończyli 24. roku życia, deklaruje, że zamierzają wyjechać. Dzieje się tak, bo wskaźnik bezrobocia młodych (do 24. roku życia) wyniósł w 2014 r. aż 23,9 proc., a w wielu regionach Polski 54-60 proc. bezrobotnych stanowią osoby, które nie ukończyły 34. roku życia. I to są realne problemy Polaków, a nie in vitro czy uzgadnianie płci. Realnym problemem są też umowy śmieciowe. Według raportu OECD, aż 28,4 proc. Polaków pracuje na umowach śmieciowych - to najwięcej wśród krajów OECD. Wśród młodych (do 24. roku życia) ten wskaźnik wynosi aż 71,2 proc. Realnym problemem jest też brak w Polsce ok. 2,4 mln mieszkań, głównie dla młodych, co też wypycha wielu z nich z granicę. Aby komfort życia w Polsce zrównał się z unijną średnią pod względem zagęszczenia mieszkań i domów, trzeba by wybudować 8,2 mln mieszkań. W przeludnionych mieszkaniach żyje w Polsce ponad 46 proc. osób (na Litwie 19 proc., w Czechach 21 proc., w Grecji 26 proc.). To wpływa też na to, ile zawieranych jest małżeństw, ile rodzi się dzieci. Ale to są niewygodne fakty, z którymi rząd PO sobie kompletnie nie radzi, więc zamiast tych realnych problemów podsuwa propagandowo-ideologiczny kit, który ma to wszystko przykryć.

Kiedy prezydent Komorowski i premier Kopacz opowiadają bajki o złotym wieku i wspaniałych osiągnięciach ostatniego 26-lecia i dziwią się, dlaczego Polacy są na to głusi, kpią w żywe oczy. Kpią i naigrawają się, bo przecież muszą wiedzieć, że prawie 7 proc. Polaków żyje poniżej minimum egzystencji (550 zł miesięcznie na jednoosobowe gospodarstwo domowe i 1480 zł ma czteroosobową rodzinę), czyli w skrajnym ubóstwie. A wśród rodzin z czworgiem dzieci ten wskaźnik wynosi prawie 24 proc. Wedle danych Eurostatu zagrożonych ubóstwem lub wykluczonych jest prawie 28 proc. Polaków, czyli 10,4 mln osób. W wypadku dzieci ten wskaźnik wynosi 31 proc. Wedle badań Eurostatu 22 proc. dzieci w Polsce żyje w ubóstwie. Z kolei wedle danych GUS około pół miliona dzieci w Polsce regularnie nie dojada (wedle innych danych 800 tys.), prawie tyle samo nie ma części podręczników z powodu biedy. Ponad 260 tys. dzieci nie je śniadania z powodu biedy (8,5 proc.), a 170 tys. cierpi na permanentne niedożywienie.

Zajmowanie się przez rząd PO i parlamentarzystów tej partii sprawami in vitro czy uzgadniania płci jest czymś wyjątkowo cynicznym, obrzydliwym i dla Polaków obraźliwym oraz poniżającym, gdy ma się wiedzę o przytoczonym powyżej zjawiskach, tendencjach, liczbach i wskaźnikach. A rządzący taką wiedzę mają, tylko rżną głupa na całego. Postępowe sprawy trzeciorzędne, czyli w większości modne bzdury są łatwe do załatwienia i odgrywają ważną rolę w akcjach przykrywkowych oraz w rozpętywaniu wojen kulturowych i ideologicznych. Tyle że to jedno wielkie oszustwo, bo modne bzdury nie załatwiają żadnego ważnego polskiego problemu. Mało tego, wiele problemów narasta, bo cała energia rządzących jest zużywana na modne bzdury i tylko na nie.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...