Pedagogika seksualna różnorodności” („Sexualpädagogik der Vielfalt”) – oto tytuł książki niemieckiej socjolog z uniwersytetu w Kassel dr Elisabeth Tuider, która ukazała się nad Renem właśnie w trzecim nakładzie. Dzieło określone przez fachowców mianem „znakomitego przykładu normatywnego dekonstruktywizmu” cieszy się ogromną popularnością wśród postępowych pedagogów w Niemczech.

Co zawiera książka Tuider, polecana przez niemieckie ministerstwo ds. rodziny, i której współautorami są znani i cenieni pedagodzy, mało który niemiecki rodzic jednak wie. A powinien. Poradnik służy bowiem od 2008 r. jako podstawa obowiązkowej edukacji seksualnej w szkołach.

Zalecenia dla nauczycieli zawarte w książce są wręcz obsceniczne. Zdaniem autorki 12-latek powinien wiedzieć „gdzie jeszcze może tkwić penis oprócz spodni”. W wieku 14 lat zaś powinien być obeznany z „wibratorami, pejczami i innymi seksualnymi gadżetami”. Oraz mieć świadomość, że heteroseksualne związki „to nie wszystko”. „Tylko to gwarantuje wolność decyzyjną w sferze seksualności w wieku dorosłym”- przekonuje socjolog. Dlatego nauczyciele powinni zabierać na lekcje „kulki waginalne, nagie zdjęcia, latex i kajdanki”.

Praktyczne ćwiczenia z uczniami powinny zaś wyglądać tak: „W przypadku siódmoklasistów należy im rozdać karteczki z rysunkami obrazującymi pierwszy raz: pierwszy pocałunek, pierwszy seks analny, oralny. Wszystko to, co dzieci w tym wieku interesuje” – czytamy w książce Tuider.

Inne praktyczne ćwiczenie nosi tytuł „nowy burdel dla wszystkich” i polega na „modernizacji” domu publicznego tak, by „pracujący w nim personel był w stanie zaspokoić wszystkie preferencje seksualne klientów, przede wszystkim mniejszości seksualnych”. Wraz z ustaleniem cen za usługi.

Chore pomysły Tuider i jej kolegów jak dotąd przeszły niemal całkowicie bez echa. Dopiero ostatnio książka, którą obrońcy rodziny nazwali „zbiorem perwersji”, znalazła się na celowniku niemieckich mediów. I to o dziwo, lewicowych. Niemiecki dziennik „Süddeutsche Zeitung” napisał, że książka zawiera „wszystko to, czego nie chcemy wiedzieć o seksualności”, a publicysta „Der Spiegel” Jan Fleischauer nazwał pomysłu Tuider „wynaturzeniem”.

To trafne określenie, bowiem dokładnie o to chodzi „nowoczesnym” pedagogom. Znany socjolog z uniwersytetu w Kilonii Uwe Sielert przyznał to nawet otwarcie: „Toczymy walkę z tradycyjnym obrazem rodziny. Naszym celem jest wynaturzenie heteroseksualności”. W książce Tuider więc – jak pisze Fleischauer - próżno szukać rodziny składającej się z matki, ojca, dzieci. Są za to transseksualiści z Kazachstanu, lesbijki z dziećmi z próbówki oraz adoptujący geje.

To, że każdy może żyć tak jak chce, także w sferze seksualnej, postmarksistowskim pedagogom i socjologom nie wystarczy. Muszą za wszelką cenę dowieść, ze odchylenie od normy jest, a co najmniej powinno być, normą.

Nic dziwnego więc, ze Tuider nie przejęła się krytyką. Zresztą jest zajęta. Pracuje nad nową książką, która ma skruszyć opór imigrantów wobec jej postępowych teorii. Mniejszości etniczne i religijne, szczególnie muzułmanie, to oprócz zatwardziałych katolików, ostatnia grupa w Niemczech, która nie godzi się ani na edukację seksualną swoich dzieci ani na proponowane przez Tuider obalenie „heteronormatywności”.

Ale niemiecka socjolog jest przekonana, że także ich opór da się skruszyć. Ciekawe, kiedy „Pedagogika seksualna różnorodności” ukaże się w Polsce. Biorąc pod uwagę, w jakim kierunku zmierza aktualnie MEN pod przewodnictwem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, pewnie niedługo.

CZYTAJ TAKŻE: Skandal! Zobacz jak francuski rząd edukuje dzieci. Pornograficzna wystawa w Paryżu