Czy w areszcie śledczym można sobie podciąć gardło? Tak podobno zrobiła Wilga H., nauczycielka i recenzentka MEN, której zarzucono zgwałcenie gimnazjalistki. Okoliczności jej śmierci są równie bulwersujące jak cała sprawa.

Nikt nic nie widział ani nie słyszał, kiedy w trzyosobowej celi w areszcie śledczym na warszawskim Grochowie wykrwawiła się Wilga H. Prokuratura oświadczyła natychmiast, że wszystko wskazuje na samobójstwo. Tak się jakoś składa, że w podobnych wypadkach prokuratorzy od razu wiedzą — jeszcze przed sekcją — że chodzi o samobójstwo.

Wydaje się dziwne, jak można podciąć sobie gardło w areszcie śledczym. Ale służba więzienna i na to ma wyjaśnienie — jeśli ktoś jest zdeterminowany, to podobno przetnie sobie żyły nawet kawałkiem plastikowej miski. Albo jednorazową maszynką do golenia, bo posiadają je też aresztantki.

Co prawda takich wypadków w areszcie dla kobiet do tej pory jeszcze nie było, a skuteczne podcięcie sobie gardła nie jest sprawą prostą. Pomijając już oczywisty fakt, że trudno to zrobić tak dyskretnie, by nikt nic zauważył.

O całej sprawie piszę w najnowszym numerze „w Sieci” w tekście „Co się stało z Wilgą H”.

To rzeczywiście szokująca sprawa. Zarzuty, jakie postawiła Wildze H. prokuratura były poważne: gwałt na piętnastoletniej uczennicy, rozpijanie małoletniej i podawanie jej narkotyków. A także posiadanie znacznych ilości marihuany i jej uprawa.

Zwłaszcza pierwszy zarzut miał piorunującą siłę rażenia i odbił się szerokim echem w mediach.

Przyznam, że przystępując do pisania tekstu nie byłam do końca przekonana o winie Wilgi H.

Takich wątpliwości niestety już nie mam.

Mam za to niepokojące przeświadczenie, że przypadek Wilgi H. świadczy o patologii polskiej szkoły.

To wręcz niesamowita historia, która mogłaby stanowić punkt wyjścia do socjologicznej analizy.

Kiedy Wilga H. autorka podręczników, recenzentka MEN a przez jakiś czas nawet wykładowca akademicki, trafiła do Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 2. w Legionowie, dyrekcja nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Szybko pojawiły się jednak niepokojące sygnały — rodzice skarżyli się, że zbyt spoufala się z uczniami, krążyły plotki o organizowanych przez nią imprezach, piciu alkoholu. Nie zaszkodziło to Wildze H. — nominowana przez uczniów, dostała tytuł Wychowawcy Roku a wręczał go prezydent miasta.

Uczniowie doskonale wiedzieli, że Wilga H. ma „dziewczyny ” — gimnazjalistki, które ledwie ukończyły piętnaście lat. Pili z nią alkohol, niektórzy też przypalali marihuanę. („jeśli u podejrzanej znaleźliśmy pięć kilo marihuany, to raczej nie miała tego tylko dla swojej konsumpcji ”—mówi prokurator).

Jeśli dyrekcja tego nie wiedziała, to była ślepa i głucha. Ale to chyba reguła. Dwa lata wcześniej zbagatelizowano sygnały o przemocy.

Do internetu wyciekł film, na którym gimnazjalistki kopią koleżankę w głowę. Dyrekcja oświadczyła wówczas, że były to „przepychanki” i w szkole nie ma żadnego problemu.

Bo problemy w polskich szkołach z reguły dyskretnie się przemilcza i zmiata pod dywan.

Dlatego Wilga H. mogła traktować szkołę jako teren swoich seksualnych łowów. Wybierała określony typ gimnazjalistek – trochę zagubionych i zbuntowanych. Łatwiej było nimi manipulować.

Miały już kłopoty, a uwiedzenie przez nauczycielkę jeszcze je pogłębiało, doprowadzając jedną z nich do ciężkiej depresji i załamania nerwowego. Przypadek Wilgi H. jest kłopotliwy dla środowisk LGBT i zapewne dlatego jest przez nie przemilczany.

Nie ulega wątpliwości, że Wilga H. powinna stanąć przed sądem. Nie ulega też wątpliwości, że nie powinna się wykrwawiać na podłodze celi, w zasłoniętym kocem kąciku sanitarnym.