Dziś usłyszałam o niezwykle nowatorskim podejściu do wychowania dzieci. Otóż podobno teraz to dzieci mają decydować, co jest dla nich najlepsze. Sprawa o tyle zaskakująca, że nową teorię wychowania wygłosiła w TVN24 szefowa MEN, Joanna Kluzik-Rostkowska.

Tuż przed rozpoczęciem rozmowy, podczas nieformalnej wymiany zdań, szefowa MEN, w żartach skomentowała kwestię gotowości szkolnej sześciolatków:

Żeby tylko rodzice pozwolili, bo dzieci to chcą…

A mój siedmioletni syn chciałby na przykład mieć na głowie irokeza, czteroletnia córka zaś wymarzyła sobie, że zamieszka u nas kapibara, z którą zaprzyjaźniła się podczas wizyty w zoo. Dziewięciolatka zaś chciałaby trzymać na balkonie kucyka. Co to znaczy, że powinnam się na to zgodzić? Czy raczej teoria Kluzik-Rostkowskiej działa wybiórczo i odnosi się wyłącznie do reformy edukacji?

Od lat MEN systematycznie, przy wsparciu większych lub mniejszych autorytetów podważa kompetencje rodziców w kwestii wychowania. Sytuacja staje się coraz poważniejsza, do szkół wkracza przymusowa edukacja seksualna oraz liczne programy równościowe, a państwowi urzędnicy zachowują się tak, jakby wiedzieli lepiej od rodziców, co jest dobre dla dzieci. Tymczasem to przede wszystkim rodzice odpowiedzialni są za wychowanie i nie pozwólmy sobie tej kompetencji odebrać czy wmówić, że jest inaczej. Nie uwierzmy w to, że jakaś „pańcia” w MEN wie lepiej niż my. Pamiętajmy, że to tylko my, rodzice i nasze dzieci będziemy ponosić skutki wdrażanej siłą reformy, która jest gwałtem na emocjach dzieci.

MEN od lat forsuje eksperyment, z którego zaczynają się wycofywać Niemcy i Brytyjczycy. W Niemczech, jak donosił dziennik „Süddeutsche Zeitung”, coraz więcej rodziców decyduje się na pozostawianie podopiecznych w domach lub przedszkolach o rok dłużej, niż przewidują stosowne regulacje. W samej Bawarii w roku szkolnym 2009/2010 rodzice sześciolatków opóźnili podjęcie nauki 9,7 tys. dzieci, zaś w roku 2013/2014 liczba ta wzrosła już do 12,4 tys. potencjalnych pierwszoklasistów. Zaś kilka miesięcy temu w liście do dziennika „The Daily Telegraph” grupa 127 naukowców, nauczycieli, pisarzy i działaczy społecznych wzywała do odrzucenia ideologii, którą określają jako „za dużo, za szybko” („Too much, too soon”). Naukowcy przekonywali, że system w którym dzieci idą do szkoły bardzo wcześnie „ograbia” je z umiejętności zabawy oraz kładzie przesadny nacisk na nauczanie. A warto zauważyć, że szkoły, w których rozpoczynają edukację maili Brytyjczycy są skrajnie inne od tych, w którzy uczą się mali Polacy.

Jednak zapatrzona w mityczny Zachód władza kolanem upycha w nieprzygotowanych szkołach (co potwierdził NIK) małe dzieci, mimo, że od lat rodzice protestują. Niestety - władza z uporem maniaka lekceważy ich głos. Na dzieciach przeprowadza się też eksperyment edukacyjny, polegający na podważaniu całej pedagogiki wczesnoszkolnej przy pomocy „darmowego elementarza”. Dlatego cieszą przejawy rodzicielskiego oporu. Okazuje się, że  ok. 14 tys. sześciolatków nie rozpoczęło nauki w pierwszej klasie. Liczba ta jednak może się jeszcze znacząco zwiększyć. Co najmniej 7 proc. dzieci urodzonych w pierwszej połowie 2008 roku nie poszło do pierwszej klasy, pozostając w oddziałach przedszkolnych. Ze wstępnych danych wynika także, że w samej Warszawie co piąty sześciolatek nie poszedł do szkoły. W Płocku już co trzeci.

Niestety władza pozostaje głucha na kolejne wota nieufności rodziców kierowane pod jej adresem. No ale ta władza uważa, że to dzieci mają decydujący głos w sprawie własnego wychowania. W tym kontekście nie powinna dziwić ocena rządowego podręcznika wygłoszona przez premiera kraju:

Jest fajny. Czytałem, wszystko zrozumiałem, więc nie jest za trudny. Wy też na pewno dacie radę

— mówił Tusk.

Ech, smutny to początek roku. Smutny.