Syty głodnego nie zrozumie, ale powinien próbować. Stosunek do słabszych jest miarą człowieczeństwa

Fot. YouTube
Fot. YouTube

Co myślisz, kiedy widzisz bezdomnego człowieka? Nieważne, czy prosi cię o pieniądze albo jedzenie, siedzi na chodniku czy leży na ławce.

Patrzysz na niego i zastanawiasz się, co sprawiło, że znalazł się w tej sytuacji, czy odwracasz wzrok, starając się jak najszybciej zająć myśli czymś innym, przyjemniejszym, czystszym? A może udajesz, że nie widzisz, i próbujesz stłumić wyrzuty sumienia myślą, że są przecież organizacje i instytucje, które mogą pomóc temu człowiekowi, lub – że sam jest sobie winien?

Niedawno uśpione sumienia dużej części internautów zostały obudzone historią Tomka Motylińskiego, który nie tylko zrobił zakupy jednemu bezdomnemu, ale też nierzadko zaprasza głodnych na wspólny posiłek. Jego komentowany w mediach i serwisach społecznościowych czyn spotyka się raczej z pozytywnymi reakcjami. Wpis na Facebooku, informujący nie tyle o fakcie udzielenia komuś pomocy, ale przede wszystkim o smutku, złości i bezsilności pana Tomka, który napisał:

Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował…

został polubiony przez prawie 200 tysięcy użytkowników tego serwisu. Nie brakuje jednak również głosów krytyki, a nawet nienawiści (i to nie tylko w postaci internetowego „hejtu”, ale też w formie aktów przemocy takich jak porysowanie gwoździem i oblanie farbą auta pana Tomka). Niektórzy sądzą na przykład, że jego pomoc jest nic nie warta, bo nie zmienia sytuacji bezdomnych, i że lepiej by zrobił, wpłacając pieniądze na konto jakiejś organizacji pożytku publicznego, a sam fakt, że upublicznił jeden z dowodów swojej dobroczynności świadczy o egoizmie i „parciu na szkło”.

Z podobną krytyką spotykają się studenci, którzy „zaskakują” bezdomnych, przysiadając się do nich i wspólnie występując na ulicy:

Jak wyjaśniają ci młodzi ludzie, nie jest to dokument, lecz reżyserowany film ukazujący ich działania, które nie mają charakteru jednorazowego happeningu. Oczywiście ani oni, ani ludzie postępujący tak jak Tomasz Motyliński nie wyciągają nikogo z bezdomności i nędzy. Dają im jednak coś, czego wielu ludzi nie daje nawet najbliższym – swój czas, zainteresowanie i uśmiech. Sprawiają, że choć przez chwilę bezdomny może poczuć się jak „zwyczajny człowiek”, a nie omijany szerokim łukiem „wyrzutek społeczny”, i pokazują, że nie wszyscy członkowie społeczeństwa, poza nawiasem którego znajduje się zwykle nie ze swojej winy (a co najmniej: nie tylko z własnej winy), brzydzą się nim i gardzą. A to co najmniej tak samo ważne jak realna, materialna pomoc – właśnie tego rodzaju wsparcie może bowiem dać siłę do walki z własną niemocą, wykluczeniem, biedą.

Ponadto takie tylko z pozoru drobne gesty mogą uwrażliwić społeczeństwo, coraz bardziej znieczulone, ślepe i głuche na czyjąkolwiek krzywdę i w dodatku zachęcane do obojętności i radosnego pogrążania się w egoizmie i konsumpcjonizmie akcjami typu „Zero tolerancji dla żebraków” czy „Nie zostawiaj pieniędzy na ulicy”. Tak, zdarzają się oszuści, podobnie jak wszędzie indziej, ale zakładając, że każdy żebrak jest oszustem, należałoby również stwierdzić, że wszyscy kłamią, i zniszczyć nędzne resztki zaufania społecznego.

Oczywiście jałmużna – ani finansowa, ani rzeczowa – nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale zachęcać do ignorowania żebraków powinno się dopiero wówczas, gdy przyczyny ich żebractwa zostaną wyeliminowane. Póki co jednak pomoc społeczna nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich (nie tylko bezdomnych i żebrzących) ludzi wymagających wsparcia, a kary grzywny czy aresztu dla osób proszących o pieniądze nie rozwiązują żadnych problemów. Przeciwnie: potęgują je, kryminalizując ubóstwo i pogłębiając i tak ogromne podziały społeczne.

Artykuł 58 „Kodeksu wykroczeń” brzmi:

§ 1. Kto, mając środki egzystencji lub będąc zdolny do pracy, żebrze w miejscu publicznym, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany. § 2. Kto żebrze w miejscu publicznym w sposób natarczywy lub oszukańczy, podlega karze aresztu albo ograniczenia wolności.

Mimo wiary w dobrą wolę prawodawców i szacunku dla prawa dziwią mnie i smucą te paragrafy. Powszechnie przecież wiadomo, że np. renta czy emerytura, czyli stałe „środki egzystencji”, niejednokrotnie nie pozwalają na zaspokojenie nawet podstawowych, niezbędnych do egzystencji potrzeb, a wiele osób nie tylko „zdolnych do pracy”, ale też tej pracy aktywnie poszukujących, chętnych i zdeterminowych, boryka się z problemem bezrobocia. Jeśli natomiast chodzi o „natarczywość”, to żebraków przewyższa niejeden przedsiębiorca czy sprzedawca, nachalnie zachęcający do kupna oferowanych przez niego produktów i ignorujący nawet wielokrotnie powtarzane „nie, dziękuję”, a w kategorii „oszukaństwa” jeszcze większą wyższością mogą pochwalić się producenci i twórcy reklam żywności.

Absolutnie żaden produkt spożywczy w rzeczywistości nie wygląda tak jak na reklamach czy opakowaniach. Mnóstwo przykładów można znaleźć na stronie ads-vs-reality.com, a jeszcze więcej – na własnych talerzach. Poza tym powszechną praktyką jest umieszczanie produktów w znacznie większych niż sam produkt opakowaniach, co sugeruje, że jest on większy niż w rzeczywistości. Osoby praktykujące tego rodzaju „oszukaństwo” są jednak sprytniejsze od żebraków i wiedzą, w jaki sposób omijać zakaz wprowadzania klientów w błąd.

Głosy oburzenia i sprzeciwu wobec takich praktyk są jednak słyszalne znacznie rzadziej i słabiej niż zachęty do „niedawania na ulicy” i ostrzeżenia przed żebrzącymi oszustami. Nie przeszkadza nam atakująca nas zewsząd nachalna i oszukańcza reklama, mijając bezdomnych i żebraków idziemy do sklepu, i zadowoleni z siebie, dachu nad głową i pracy kupujemy wielkie, choć niewypełnione nawet do połowy opakowania przekąsek, po czym wracamy do domu, by zasiąść przed telewizorem i obejrzeć, jak jedni ludzie upokarzają się nawzajem w programach kulinarnych, inni zachęcają biednych do spożywania szczawiu i mirabelek, a jeszcze inni tych samych biednych krytykują za jedzenie grzybów.

Głód kojarzy się nam nie z realnymi cierpieniami ludzi, których mijamy, lecz z reklamą serka i zabawnym stworkiem. Jako syci czy wręcz przejedzeni, nie tylko od święta konsumujący dostępne bez recepty preparaty zwalczające skutki obżarstwa, nie rozumiemy głodnych. A powinniśmy. Nie tylko dlatego, że w każdej chwili możemy znaleźć się na ich miejscu, ale przede wszystkim dlatego, że właśnie stosunek do słabszych (pod jakimkolwiek względem) – a nie zmienna zawartość portfela czy wielkość domu – jest miarą człowieczeństwa.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...